Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie / Rogue One: A Star Wars Story (Gareth Edwards, 2016)

Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie / Rogue One: A Star Wars Story (Gareth Edwards, 2016)

Postprzez Tonder » 23 mar 2017, o 10:55

Król Upu

Tonder

Avatar użytkownika
 
 
Posty: 2660
Obrazki: 0
Dołączył(a): 10 maja 2010, o 18:48
Podziękował : 7839 razy
Otrzymał podziękowań: 19074 razy
Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie / Rogue One: A Star Wars Story (2016)



..

..

Obrazek

Produkcja: USA
Gatunek: Przygodowy, Sci-Fi
Data premiery: 10 grudnia 2016

..

..



TWÓRCY
Reżyseria: Gareth Edwards
Scenariusz: Chris Weitz, Tony Gilroy
Zdjęcia: Greig Fraser
Muzyka: Michael Giacchino
Montaż: John Gilroy,
Colin Goudie, Jabez Olssen

Scenografia: Doug Chiang, Neil Lamont
Kostiumy: David Crossman, Glyn Dillon
Producent: Simon Emanuel (+)
OBSADA
Felicity Jones - Jyn Erso
Diego Luna - Cassian Andor
Alan Tudyk - K-2SO
Donnie Yen - Chirrut Îmwe
Wen Jiang - Baze Malbus
Ben Mendelsohn - Orson Krennic
Guy Henry - Wielki Moff Tarkin
Forest Whitaker - Saw Gerrera
i inni


Obrazek


..

..


INFORMACJA O FILMIE


Wcale nie tak dawno temu, i to nie w żadnej odległej galaktyce, tylko w naszym zwyczajnym świecie, studio Disneya przejęło pieczę nad dziedzictwem George'a Lucasa i ogłosiło, że "Gwiezdne wojny" wracają do kin na dobre. Panie i panowie, Moc będzie z nami, póki nie wyjdzie wszystkim bokiem, a razem z nią kolejne sequele, prequele, spin-offy, szmery i bajery. Disnejowski eksperyment z kinowym "serialem" Marvela idzie jednak sprawnie, pierwszy film nowego "gwiezdnego" cyklu – czyli "Przebudzenie Mocy" – udał się pierwszorzędnie; pesymizm przed premierą "Łotra 1" wydawał się więc nieuzasadniony. Wystarczyło mieć nadzieję, że film Garetha Edwardsa nie będzie po prostu próbą zabicia czasu (i zbicia kapitału) przed "Epizodem VIII". Nadzieja to zresztą w przypadku "Łotra…" sprawa kluczowa. Pierwszy film z serii "Gwiezdne wojny – historie" okazuje się bowiem czymś więcej niż sympatycznym przerywnikiem, faktycznie wzbogaca i pogłębia uniwersum. A przede wszystkim pokazuje, ile kosztowała owa nadzieja, która tak beztrosko brzmi sobie w tytule Epizodu IV.

Streszczenie fabuły czytaliśmy zresztą wszyscy w napisach otwierających wspomnianą część. "Rebelianckim szpiegom udało się wykraść tajne plany ostatecznej broni Imperium, Gwiazdy Śmierci, uzbrojonej stacji kosmicznej o mocy niszczenia planet". Tyle. I choć film Edwardsa otwiera słynne "Dawno temu w odległej galaktyce…", to płynących przez kosmos monumentalnych liter i fanfary Johna Williamsa już brak. Oto jasny sygnał: jesteśmy na bocznym torze, to nie miejsce ani czas na mitotwórczą pompę głównego nurtu sagi. Ktoś mógłby co prawda spytać – całkiem słusznie – po co opowiada się nam tę historię, skoro jej wynik jest oczywisty: misja się powiodła? Tym bardziej że wiemy to od – bagatela – 1977 roku. Prawdziwa misja "Łotra 1" polegała więc na tym, by przekonać nas, że warto pochylić się nad grupką owych "rebelianckich szpiegów". Że droga do celu liczy się na równi z samym celem. Cóż, udało się.

"Przebudzeniu Mocy" zarzucano, że zbyt mocno podpiera się nostalgią, że zbyt kurczowo trzyma się szkieletu fabularnego "Nowej nadziei". Twórcy "Łotra 1" również bawią się klockami, które znamy, ale sprawdzone schematy proponują w nowych konfiguracjach. Remiksują. Z połączenia Chewbacki i C3PO wychodzi im kradnący show droid K-2SO; azjatycki duet – Donnie Yen i Wen Jiang – może kojarzyć się z bohaterami "Ukrytej fortecy" Kurosawy, którzy zainspirowali Lucasa w tworzeniu R2D2 i C3PO; i tak dalej, i tak dalej. Koniec końców nie ma ucieczki przed powtórzeniami. Sam reżyser w jednym z wywiadów zwrócił uwagę, że na początku "Nowej nadziei" widzimy faceta w czarnej pelerynie otoczonego przez białych szturmowców, tymczasem "Łotra..." otwiera obrazek z otoczonym przez czarnych szturmowców facetem w białej pelerynie. I faktycznie: dostajemy tu coś w rodzaju negatywu.

"Łotr 1" podważa bowiem niektóre elementy Lucasowskiej wizji, przesuwa akcenty, pogłębia obraz świata. Dopuszcza do głosu tych, których wcześniej nie mieliśmy okazji usłyszeć. Przede wszystkim daje portret Rebelii nie będącej monolitem, Rebelii, która jest wewnętrznie skłócona i wcale nie krystalicznie czysta. Snuje też opowieść o Mocy bez udziału samej Mocy, bez rycerzy Jedi; o Mocy jako wierze, religii czy – tak, znowu – nadziei. Mamy tu świat "Gwiezdnych wojen" oglądany z punktu widzenia szeregowych pionków, a nie głównych graczy galaktycznego konfliktu. Świat bardziej zróżnicowany, także etnicznie i płciowo. Saga Lucasa –mimo międzygatunkowego kosmicznego sztafażu – zawsze była dość "białą" i – mimo silnych kobiecych postaci w rodzaju Lei – dość męską historią. "Łotr 1" ostrożnie zrywa z tą tradycją. Jeśli w oryginalnych "Gwiezdnych wojnach" odbijał się zeitgeist lat 70., to i tu znajdziemy ślady burzliwej współczesności: w multikulturowej obsadzie, w pytaniach o to, jak daleko można się posunąć w walce o wolność, w poczuciu beznadziei i oczekiwania na światełko w tunelu.

I to właśnie bohaterowie są najjaśniejszym aspektem filmu. Co ciekawe, w zasadzie tylko Jyn Erso (Felicity Jones) jest w miarę rozbudowaną postacią: córką człowieka odpowiedzialnego za budowę Gwiazdy Śmierci, której wiedza i kontakty okażą się potrzebne Rebelii. Reszta ekipy – Diego Luna, Riz Ahmed, Yen i Jiang, Alan Tudyk jako K-2SO – funkcjonuje na zasadzie typażu, prostego podziału charakterologicznego. Nawet główny antagonista, Orson Krennic (Ben Mendelsohn), jest po prostu imperialnym urzędnikiem w typie generała Huxa, który nie robi wiele ponad wykrzykiwanie rozkazów na lewo i prawo. Ciężar budowania postaci spoczywa więc raczej na barkach aktorów i reżysera niż scenarzystów. Mogło się to nie udać; pamiętajmy, że wizualnie imponująca "Godzilla" Edwardsa miała wielką dziurę w miejscu, gdzie powinni być bohaterowie z krwi i kości. "Łotr 1" podtrzymuje jednak tradycję filmów wojennych, wszystkich tych "Parszywych dwunastek" i innych "Dział Navarony", w których militarny spektakl napędzany jest iskrami międzyludzkich interakcji. To kino charyzmatyczne pełną gębą. Także w tym sensie, że wiele mówią tu już same twarze, spojrzenia – choćby Cassiana Andora (Luna) czy Bodhiego (Ahmed).

Ze wspomnianej "Godzilli" zapamiętałem przede wszystkim sceny, w których wielki jaszczur pokazywany był z perspektywy chodnika – tak, jak być może zobaczylibyśmy go sami, gdyby któregoś dnia wylazł z Bałtyku. W "Łotrze 1" Edwards przyjmuje podobny punkt widzenia: partyzancki, prosto z pola bitwy, gdzie nad głową góruje nam skąpana w kłębach dymu potężna maszyna krocząca. Uniwersum Lucasa było zawsze (z wyjątkiem sterylnych prequeli) namacalne, fizyczne; tutaj też jest takie – ale bardziej. Procentują takie chwyty, jak zatrudnienie aktora specjalizującego się w sztukach walki. Kiedy hongkoński gwiazdor Donnie Yen "kładzie" własnoręcznie oddział szturmowców, jest w tym prawdziwa moc (Moc?), jakiej nie miały CGI-owe wygibasy Haydena Christensena. A kiedy Edwards wreszcie przenosi nas między gwiazdy, robi się jeszcze goręcej. Bitwa w przestrzeni kosmicznej – niezwykle dynamiczna – jest chyba najlepsza w historii serii. Kiedy X-Wingi i TIE Fightery ganiają się wzdłuż wielkich kosmicznych wrót niczym po tarczy gigantycznego zegara, widać, że reżyser myśli plastycznie, że faktycznie maluje kamerą (i komputerem). O ikonicznych obrazach w rodzaju Gwiezdnego Niszczyciela, który majestatycznie wyłania się z cienia Gwiazdy Śmierci, nawet nie wspomnę. Ani o pewnej scenie z pewnym lordem Sith.

W świetle spektakularności (sic) spektaklu i wysokiej stawki emocjonalnej bledną wszelkie niedociągnięcia filmu. Można narzekać, że pierwsza ćwiartka seansu nieco zbyt chaotycznie przeskakuje między kolejnymi wątkami, że niektóre gościnne występy "starych znajomych" można było sobie podarować, że Mads Mikkelsen znowu nie ma za wiele do roboty, a Forest Whitaker znowu przeszarżowuje. Ale co z tego, kiedy dostarczona przez Edwardsa i paczkę dawka ciar, łez i salw śmiechu przypomina nam, po co chodzimy do kina i za co kochamy sagę George'a Lucasa. Jest w filmie taka scena: Gwiazda Śmierci wypala swój promień w kierunku planety, na której znajdują się bohaterowie, krajobraz zaczyna dosłownie rozpadać się w chmurze implodującego gruzu, okolica wyparowuje. Wygadany robot K2-SO komentuje sytuację: "Mam problem na horyzoncie. Nie ma horyzontu". Nie ma horyzontu, czyli: nie wiadomo, co będzie, przyszłość stoi pod znakiem zapytania. Jeśli jednak chodzi o przyszłość "Gwiezdnych wojen", to widzę ją jako zdecydowanie świetlaną. Horyzont znikł – i zostawił więcej miejsca dla nadziei. A ta dostała właśnie świeży ładunek mocy. Przepraszam, Mocy.

Źródło - Jakub Popielecki, Filmweb.pl



..

..


Obrazek


..

..
Za ten post autor Tonder otrzymał podziękowania - 3:
Adante, kotio, zbroia
 
Obrazek
Góra

Powrót do fabularne



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości