Seasick Steve – Walkin' man + Live at Brixton Academy (2011)

Seasick Steve – Walkin' man + Live at Brixton Academy (2011)

Postprzez radziu567 » 19 cze 2016, o 07:53

absolwent

radziu567

 
 
Posty: 31
Dołączył(a): 22 lut 2014, o 20:59
Podziękował : 291 razy
Otrzymał podziękowań: 90 razy
ulubiony film: 12 gniewnych ludzi
Obrazek




Seasick Steve – Walkin' man (cd) + Live at Brixton Academy (dvd) 2011

W 2011 roku Steven Gene Wold znany jako Seasick Steve, obchodzi 70. urodziny. Doskonała to okazja, aby podsumować bogaty artystyczny dorobek amerykańskiego artysty, będącego legendarną postacią tamtejszej sceny bluesowej, country, boogie i folku. Steve to przede wszystkim wokalista i gitarzysta, ale nieźle gra też na banjo. Urodził się w słonecznej Kalifornii i może to jeden z powodów, dla których zwykle na zdjęciach czaruje uśmiechem od ucha do ucha. Muzyczny samouk osiągnął dużą popularność. Prowadził koczownicze życie. Jeździł na gapę pociągami, grywał na ulicach, wykonywał dorywcze prace, aby zarobić na jedzenie. Był też kowbojem. Z czasem jego piosenki zdobyły popularność, a na koncie Steve'a pojawiły się złote i platynowa płyta. Prezentowana kompilacja to wybór 21 najsłynniejszych piosenek Seasick Steve'a. Nie zabrakło oczywiście "Started Out With Nothin'", "Diddley Bo'", "St. Lewis Slim". Edycja limitowana zawiera bonusowe DVD z koncertem artysty oraz filmem dokumentalnym "Bringing It All Back Home".

..

....recenzja absolutnie subiektywna



Na początek trochę techniki;



Dookoła ziemi, nad równikiem na wysokości prawie 36 tyś kilometrów na orbicie geostacjonarnej rozmieszczone jest całe mnóstwo satelitów telekomunikacyjnych. Polskie platformy cyfrowe korzystają z satelitów znajdujących się na 13 st. szer. wschodniej.

Tak na marginesie – Polska też dostała przydział miejsca na orbicie geostacjonarnej, aby umieścić tam własnego satelitę i nie płacić za użytkowanie innym. Ale po co nam to! Po co zajmować się nauką, jak można się pokłócić politycznie? To dużo ciekawsze zajęcie dla władz naszych. Do dzisiaj już chyba termin rozpoczęcia użytkowania dawno minął.

Nad szerokością ok.28,2 st. wschód znajdują się satelity nadające na terytorium Wielkiej Brytanii. Po różnych zmianach nazw, obecnie nazywają się Astra 2 z kolejnymi symbolami. Nadają one programy w różnych wiązkach. Szerszych, obejmujących prawie całą Europę, lub wąskich, obejmujących tylko Wyspy Brytyjskie. Najciekawsze programy są oczywiście w wiązce wąskiej. Całę tony niekodowanych kanałów BBC, ITV … Channel 4, Channel 5 itp.


Seasick Steve

W wiązce szerokiej też coś niecoś ciekawego się znalazło (np. Horror Channel + różne muzyczne). Dla mnie jednymi z ciekawszych było kilka (6-8) kanałów z przekazami. A przekazy były np. ze spotkań politycznych... ale głównie z imprez sportowych (np. Wimbledon) i festiwali muzycznych. Tam to podglądałem koncerty z festiwali w Glastonbury, T in The Park, Reading czy Area 4 Festival.

Oprócz wielkich gwiazd (U2, The Cure, BB King, Willie Nelson czy Metallica) przeważała oczywiście „sieczka” muzyczna. Ale mogłem też wypatrzeć kogoś ciekawego a nieznanego mi.

Takim to sposobem w lipcu 2009 roku na festiwalu „T in The Park” wypatrzyłem i wysłuchałem gościa o pseudonimie Seasick Steve. Przeżycie to było na tyle silne, że do dzisiaj trzyma mnie pan Steve swoją muzyką i osobowością.



Urodził się co prawda w Stanach, ale w pewnym momencie życia postanowił uciec do cywilizacji i zamieszkał w Norwegii.


Nikt z nas nie pamięta kiedy się urodził. Liczymy na poważne potraktowanie przez rodziców i że nam powiedzieli prawdę. Ale jak nam to mówili, to mogli przecież mieć zły dzień...

Rodzice naszego bohatera mieli z pewnością zły dzień, tylko nie wiadomo za którym razem. Dzięki temu Steve plącze się w zeznaniach i podaje rok albo 1940 albo 1941. Dla słuchacza nie ma to szczególnego znaczenia. Znaczenie może mieć to, iż pierwszą płytę nagrał dopiero w 2004 roku. Zauważono go szerzej po drugiej płycie „Dog house music” w 2006 roku. Do dzisiaj płyty wydaje już regularnie.



Po pierwszych pięciu płytach w 2011 roku ukazała się „The best of... Walkin' man”. A wydawnictwo dwupłytowe jako dodatek zawiera płytę dvd „Live at Brixton Academy”.


Seasick Steve tradycyjnie. Wygląda jakby go właśnie ściągnęli z traktora z jakiejś farmy. Można by podejrzewać PGR, ale po pierwsze; PGR-ów już nie było, a po drugie; jest w jeansach. Co prawda podartych i z łatami na kolanach, ale zawsze to jeansy. Czapka z daszkiem, koszula w kratę, pod spodem podkoszulka na ramiączka i buty – „traktory” dopełniają wizerunku. A i jeszcze siwa długa broda. Tematy rolnicze pojawiają się też w piosenkach.

Stałym towarzyszem jego muzykowania jest Dan Magnusson grający na perkusji. Wygląda całkiem podobnie do Steve'a, tylko ma długie siwe włosy. Prezentuje bardzo ekspresyjny styl gry. Grają przeważnie w duecie. Tym razem lekka odmiana. Pojawiła się też młoda pani - Amy La Vere grająca na kontrabasie i trochę śpiewająca, oraz Paul Martin Wold grający w kilku piosenkach na gitarze, tarze i różnych grzechotkach. Prywatnie, syn „Choroba morska” Steve'a.

Scena najwyraźniej za duża. Ograniczono ją wiszącymi na kablach żarówkami. Czasem dają po oczach, czasami niby gwiazdy na niebie... Seasick lubi intymną atmosferę. Dwa krzesła drewniane całkiem podobne do moich babcinych, tylko że mają wykończenia zdobione.

Wiadomo, zachód.
Obrazek
Jedno dla bohatera wieczoru, na drugim stoi podręczny wzmacniacz. Łatwy w obsłudze, bo pod ręką. Czasem coś trzeba podkręcić.

Reszta musi zadowolić się składanymi krzesełkami. Seasick gra na gitarach. Jego gitary to osobny rozdział. Kiedyś ktoś napisze o tym książkę. Naprawiane, przerabiane czy robione własnoręcznie od podstaw, jak choćby „Diddley Bo” (używana przy piosence o tym tytule). Kawałek deski, jedna struna, jakaś puszka na końcu jako rezonator. Do grania slidem tym razem używa rurki, ale czasem śrubokrętu.

Niektóre gitary mają dwie struny, inne trzy a jeszcze inne pięć. Na tych dziwniejszych wiszą jakieś dodatki; koraliki, dzwoneczki, frędzelki. Jak wspomniał na którymś koncercie – zostało po świętach. Zamiast ozdobnych pasów do zawieszenia gitary, większość na sznurku.

Obrazek

Aha, pod jedną nogą pudełko drewniane do przytupywania z tablicą rejestracyjną. Nie zdziwiłbym się gdyby była kradziona z traktora. Każda rzecz podpisana, pewnie żeby nie zaginęła w podróży. Na jego krześle z tyłu numer inwentaryzacyjny – Seasick Steve 1/4.



Ogólnego wizerunku dopełnia perkusja Magnussona. Jak zawsze, w nie najlepszej formie. Dziurawe talerze to już nie ekstrawagancja, ale jeden „wygryziony” i jakby czołg po nim przejechał. Takich brzmień jak ta dwuosobowa orkiestra nigdzie nie usłyszycie. Niepodrabialni.


Koncert rozpoczyna „Man from another time”. Solo. Jest jeszcze kilka utworów, w których gra i śpiewa solo (np. „Cut my wings”).

Cały repertuar to blues, folk a przede wszystkim pulsujące boogie. Po to ta skrzyneczka pod stopę. Musi mieć w co przytupywać. Słuchaczowi też by się przydało coś takiego.

W ogóle to pogodny i wesoły staruszek, często się uśmiecha.

Zestaw utworów na koncercie to właściwie greatest hits (do tego momentu kariery).


Goście też dostali swoje szanse.

Najpierw Amy zaśpiewała piosenkę „Never been sadder” ze swojej pierwszej płyty.

Paul, po rodzinie dostał dwie szanse; „Marie” i „Whiskey ballad”.

Seasick na koncertach zawsze ma jakieś napoje wspomagające z promilami. Czasem butelka wina, tym razem „nalewka na myszach”, czyli Jack Danniels. Przy „Marie” pociągał zdrowo, nie wiem czy ze szczęścia, czy z rozpaczy, a może z nudów bo dopiero pod koniec utworu włączył się do akcji. Przed „Whiskey ballad” pozwolił synowi łyknąć dwa razy, ale to tyle – Wystarczy!


To pewnie dlatego nie występował jeszcze u nas. Nie wolno pić alkoholu w miejscach publicznych.


Aha, Seasick szuka dziewczyny wśród widowni, czyli będzie „Walkin' man”. To stały punkt repertuaru. Wyciąga jakąś dziewoję, często małoletnią z widowni, sadza naprzeciwko i śpiewa jej balladkę. Tym razem muza dostosowała się image'm do Steve'a... w podartych rajstopach. Ale co tam. Dziewczyna była szczęśliwa a do tego na pożegnanie dostała płytę.

Obrazek


Potem był wspomniany już przeze mnie „Diddley Bo”. Utwór poświęcony klasykowi elektrycznego bluesa i rock'n'rolla – Bo Diddley'owi Po wysłuchaniu tego utworu na pewno ma się inne spojrzenie na fałszowanie w muzyce.


Do utworu „Never go west” Seasick przygrywa sobie, niewątpliwie własną wariacją na temat gitary National Steel. Więcej melorecytacji w tym utworze niż grania, ale tak to miało być...


Przebój „Thunderbird” kończy koncert.

Ale to przecież nie wszystko. Po burzliwych owacjach Seasick wraca z Amy. Siadają naprzeciwko siebie. Seasick dostaje gitarę, Amy butelkę whisky. Zdążyła niestety pociągnąć tylko raz. Pomimo protestów, Steve zabrał jej napój i pięknie w duecie zaśpiewali klasyk Hanka Williamsa „I'm So Lonesome I Could Cry”. Widownia szalała.

Potem był jeszcze utwór „Banjo song” zagrany i zaśpiewany solo przez Steve'a.

A cały koncert zakończył klasyk już „Dog house boogie”. Jeden z największych jego przebojów. Tekst niby stale ten sam, ale Steve to gawędziarz, więc w środku wplata jakieś opowieści ze swojego życia. Do śpiewania wciągnął też widownie. Oklaskom i podziękowaniom ze strony artystów i widowni nie było końca.


Oglądam sobie jego koncerty na poprawienie nastroju. Nie sposób usiedzieć spokojnie. Nogi same przytupują i jakoś tak weselej człowiekowi.


Jako dodatek na płycie mamy film dokumentalny - „Bringing it all back home”. 35 minut sentymentalnej podróży do prowincjonalnej Kalifornii, do czasów dzieciństwa. Ciekawe i egzotyczne dla nas widoki mało telewizyjnej Ameryki.


Technika idzie do przodu. Tym razem – niestety. Satelity, jak wszystko, mają swoją żywotność. Po kilku – kilkunastu latach wymagają wymiany. Wymieniono też te „angielskie”. Te nowe mają już wiązki dużo bardziej kierunkowe a i część programów z wiązki szerokiej przeniesiono na wąską. Taki los spotkał paczkę z przekazami. Kiedyś wiązka pomimo że była wąska, przy użyciu anten 150-250 cm. dała się odbierać właściwie od linii Wisły na zachód. Teraz mogą coś zobaczyć tylko mieszkańcy północnej Francji (nad kanałem), trochę wschodniej Irlandii, zachodniego Beneluxu...


Ale...


Kierunkowość wiązki zapewniają ograniczniki w kształcie płatków kwiatowych.

Tyle że - nie zachodzą one na siebie.

Są więc między nimi małe szczeliny.

Jak kto ma szczęście i mieszka w odpowiednim miejscu (w Polsce są chyba dwa takie obszary) to może sobie przy odpowiednio dużej antenie pooglądać za friko telewizję brytyjską.


Mnie niestety brakuje jakieś 70 km...


Obrazek



Obrazek
Za ten post autor radziu567 otrzymał podziękowania - 3:
kotio, Tonder, zbroia
 
Góra

Powrót do Recenzje



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość