Obrazek
John Boorman

ur.: 18 styczeń 1933Londyn, Anglia, Wielka Brytania

Początkowo dziennikarz pism kobiecych i radia, od 1955 w BBC TV jako asystent i realizator pełnych inwencji reportaży.
Pierwszy film fabularny `Catch us if you can` z zespołem rockowym Dave Clark Five zapewnił mu kontrakt hollywoodzki, gdzie zrealizował `Zbiega z Alcatraz` i `Piekło na Pacyfiku`. Następne filmy brytyjskie ukazały go jako ambitnego, intelektualnego reżysera o niezależnej pozycji. Styl Boormana cechuje błyskotliwy kształt wizualny i złożona struktura narracyjna, co ukazują fil... ...czytaj dalej + filmografia reżysera


DANE TECHNICZNE PLIKU

OBRAZKI [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ]
 

KOMENTARZE

 
superfly_1972 dodane: 01-11-2010 07:43
'Piekło na Pacyfiku' to bardzo dobry film, może nie tyle wojenny, co przygodowy. Opowieść o pilotach dwóch walczących ze sobą krajów, którzy, na samotnej wyspie, skazani są na siebie. Nie znają swoich języków, no i oficjalnie są wrogami - większość filmu prowadzą ze sobą prywatną wojnę. Jednak, gdy chodzi o przetrwanie, muszą połączyć siły, zapomnieć o polityce, a zaakceptować swoje człowieczeństwo i chęć społecznego życia.
Dobry klimat (lubię filmy o 2 wojnie z lat 60), dwie gwiazdy w rolach głównych i dobra fabuła.
Jedyny minus - zakończenie. Może i Boorman miał w zamyśle ukazanie jakiegoś głębszego sensu, jednak dla mnie jest to raczej efekt niechciejstwa albo cięć budżetowych.
8+/10
Adante dodane: 01-11-2010 07:44
Film ma wysoką notację na naszym forum.
Jest w nim parę informacji, które mogą naświetlić sprawę takich czy innych rozwiązań formalnych jakie w nim Boormann zastosował. Co do mnie, to mi absolutnie takie ‘urwane’ zakończenie nie przeszkadza. W całym filmie obowiązuje ‘kontekst’, nie są ważne ani wydarzenia poprzedzające opowieść ani to co się stanie po dotarciu do zbawczej plaży. Obaj bohaterzy całą historię i wszystkie jej twórcze aspekty noszą w sobie. Nic prócz nich samych nie determinuje interakcji jaka zachodzi w minimalistycznym środowisku. Kurtyna mogłaby zapaść już w momencie znalezienia flaszki brandy czy cygara tych „elementów cywilizacji”. Ta kończąca bomba to może tylko zaznaczenie reżysera, że to nie była bajka o dwóch ‘robinsonach’ ale zdarzenie w realnym świecie zbrodniczej wojny.
Bo jest niebezpieczeństwo jakie reżyser musiał dostrzegać już w trakcie pracy na planie, że film stanie się za dobry jako sytuacja dramatyczna, za fascynujący zderzeniem dwóch osobowości tak ciekawych i jednocześnie tak we własnych kulturach osadzonych i że ten pojedynek postaci ale i 'pojedynek aktorski' zatrze podstawowy aspekt filmu czyli jego antywojenna wymowę.
moczymor dodane: 01-11-2010 07:47
Post autor: moczymor » 13 sty 2013, 11:59


Nie jestem zagorzałym fanem filmów wojennych. Lubię wprawdzie od czasu do czasu ‘pomachać szabelką’ pod warunkiem, że jest to tak odległe od rzeczywistości, że wyczyszczone baśniowo. A jeszcze lepiej jak ta szabelka świeci niebieskim światłem lasera. Gdy film zaczyna dotykać realnego zagrożenia, gdy zaczyna pokazywać wojnę, w którą jutro mogę być wmieszany, to już jakby mniej mi się to podoba. Dlaczego? Ano dlatego, że moim zdaniem 99,9 % filmów wojennych, wojnę gloryfikuje. Gloryfikuje zabijanie i tak naprawdę wspiera to lobby polityczne, które twierdzi, że „bez wrogów zabijania nie ma narodu trwania”. Jako przykład dam Szeregowca Ryana, film obsypywany pochwałami i nagrodami, w którym przez okropnie długą scenę z fascynacja obserwuję rzeź żołnierzy na normandzkiej plaży. Zamiast odwrócić łeb ze wstrętem na widok chlustającej malowniczo krwi i fruwających w zawiłych trajektoriach kawałków ciał, patrzę jak zahipnotyzowany w doskonale zmontowany i naturalistycznie odtworzony epizod urwanej ręki czy nogi. „Ale pięknie mu gire urwało, pół Normandii przeleciała…” Co więcej: prócz tych wspaniałych jelitowych fajerwerków dla oka, do umysłu film wsącza tezę, że póki nie wyrżnie się odpowiedniej liczby ludzi, póty w ogóle człowiekiem się nie jest. Co najwyżej: ‘cwaniaczkiem z Bronksu’, ‘żydkiem’, ‘nauczycielem niepotrzebnego przedmiotu’ czy ‘makaroniarzem’. Ale jak już się przerobi odpowiednią ilość wroga na mięso to człowieczeństwo pełną gębą. I godność i postawa jak trza. Wcale nie jestem jakimś nawiedzonym pacyfistą, ale uczłowieczanie przez zabijanie wcale mi nie leży, z kilku prostych przyczyn, które chyba są jasne. I dlatego wolę ten tyci procent filmów nazywanych czasem ‘antywojennymi’. Dlaczego one są ‘antywojenne’? Bo bohaterem ich nie jest wojna sama, ta matka i ojciec historii, ale ludzie, którzy zostali w nią wmieszani. Działa tu mechanizm, stanowiący na przykład motto jednej z naszych partii politycznych, „kto nie jest z nami bezapelacyjnie, ten jest przeciw nam zbrodniczo, jako swołocz, i jako taki dobry jest jedynie martwy. (Choć i to nie zawsze, bo i trup czasem w oko kole)”. Gdy film nie jest peanem na cześć rzezi staje się filmem ‘antywojennym’ z definicji, a ten przymiotnik stawia go w wielce niezręcznej sytuacji bardzo podejrzanego politycznie.

Jednym z takich ‘niewygodnych’ filmów jest Piekło na Pacyfiku, historia dwóch żołnierzy wrogich armii, którzy znaleźli się na niewielkiej, bezludnej wyspie gdzieś na Pacyfiku. Wojna daleko a oni sam na sam. Sytuacja minimalistyczna i jednocześnie kapitalna znaczeniowo. Wojna rozebrana na atomy, a my możemy taki jeden jej ‘atom’ obserwować i, jak ktoś oczywiście chce, wyciągać wnioski. Gotowych standardów filozoficznych nie dostaniemy, bo ten film to nie moralitet. Ale wiele się możemy o sobie dowiedzieć i co więcej, posiąść nadzieję, że jest w ludziach coś więcej niż tylko ‘żołnierz i bohater’.

Kiedy stawia się jako antagonistów nie tylko dwóch zaciekłych wojennych zabójców, ale równocześnie przedstawicieli dwóch wysoce odmiennych kultur patrzących na siebie nawzajem z wyższością, aż samo prosi się by ‘wygrać’ ich wszystkie podziały, różnice i sprzeczności. Tych dwóch wyszkolonych na wojnie eksterminatorów, samuraja i kowboja, różni zdawało się wszystko, od ‘koloru skóry’ do hierarchii wartości na drabinie: ‘uprzywilejowani do życia’. Można zrobić z tego niezła komedię pomyłek albo niezły horror nieporozumień, ale Boorman zrobił coś innego, coś więcej, pokazał jak w tej sytuacji dramatycznej, pozbawieni swego zaplecza narodowościowego są oni w istocie do siebie podobni. I jak traci na znaczeniu to wszystko co do tej pory napędzało ich wzajemną nienawiść. Jak bardzo te nieprzekraczalne różnice są mitem tworzonym na potrzeby demagogii konfliktu.

Początkowo obaj trwają w splocie konfliktu, próbując jeden zarżnąć drugiego, tak w imię toczonej właśnie (gdzieś tam) wojny jak i w fałszywym rozumieniu, że na tym skrawku ziemi przetrwać może tylko jeden z nich, bo drugi to wróg i diabeł. Stopniowo konflikt pokazuje swój irracjonalizm, staje się błazenadą pozorów. Dociera do nich, że przetrwanie to tworzenie a nie destrukcja.
Widziałem kilka filmów o ‘robinsonach’. Problemem scenarzystów, zdaje się jedynym, było jak uatrakcyjni film. Jak w takiej pustce bezludnej i niewielkiej obszarowo stworzyć ‘akcję’. I z reguły zaludniają bezludność jakimiś ‘piętaszkami’, szalonymi dzikimi świniami o zbrodniczej osobowości czy kreowanymi siłą woli rozbitka emanacjami z rozkładówek Playboya. Siłą filmu Boormana jest to, że te ‘przygody’ zostały przeniesione do osobowości obu postaci. Dramatyzm wynika z tego co dzieje się w ich umysłach i duszach. A dzieje się na tyle wiele, że nie trzeba odkurzać Deus de Machina.

Piękna, na przykład, dla mnie jest scena gdy Samuraj pojmał Kowboja, zniewolił go ubierając w jakiej barokowo-krzewiaste chomonto by mu uniemożliwić (z założenia wrogie) działanie. Sam idzie zdobyć żywność dla siebie. Idzie łowić ryby. Nurza wędkę a jednocześnie w jego psychice odbywa się konflikt. Nie ma już zagrożenia, a więc spada zasłona strachu i oto widzi, że ten drugi to też człowiek, że uniemożliwił mu walkę o przetrwanie, że skazał go na niehonorową śmierć - pętając jak zwierzę i porzucając. Toshiro Mifune umie takie dylematy oddać. To niesamowite, jak narastające wątpliwości wychodzą z niego, jak biorą jego ciało we władanie. Całym sobą gra ten konflikt rodzącego się ludzkiego odruchu z poczuciem fałszywego obowiązku i ‘jedynego słusznego postępowania’. Wygrywa empatia. Przerywa połowy i idzie uwolnić Marvina. Idzie odrzucając z każdym krokiem resztki wątpliwości. Zaczyna się w nim rodzić nawet duma, że oto potrafi się zachować tak szlachetnie, stanąć ponad wrogiem w sobie, ale i wrogiem w tym drugim. Twarz rozjaśniona, lekki cień pychy może nawet. I nagle, gdy dociera do obozowiska, widzi, że Marvin uwolnił się sam. W chwilę potem sam staje się jeńcem, a jego ramiona pęta w chomontowata uprząż. W twarzy Toshiro jest wtedy wiele, bardzo wiele.

I wzruszająca jest scena gdy, by zabić niekończący się czas oczekiwania na uwolnienie z tej bezludnej pułapki, Toshiro tworzy na piasku plaży zenistyczny ogród. Kwintesencje shintoistycznego wszechświata. Marvin patrzy na ogrodnicze działania Toshiro z dezaprobatą, sam oddając się w bezczynności rozrywce wyścigów, które urządził kilku żuczkom. W końcu dezaprobata staje się tak przemożna, że wstaje, podchodzi do palików odgradzających ‘ogród’ od niecywilizowanej reszty i zadeptuje kawałek wypielęgnowanego piasku. Toshiro, po wyrzuceniu z siebie kilku okrzyków stanowczego sprzeciwu, milknie i kroczy dziarsko do ‘szkody’. Starannie naprawia zniszczony fragment.
Marvin nie jest bezmyślnym chuliganem, nie demoluje ogrodu (zwłaszcza, że tylko znacząco zadeptał nikły jego fragment), chce zaznaczyć swój sprzeciw wobec takiego działania, a nie dzieła. Bo Marvin jest przestraszony tym, że Toshiro próbując odtworzyć na plaży fragment swego świata, swej utraconej obecnie rzeczywistości, w istocie poddał się, zrezygnował z walki o uwolnienie. Marvin już przeczuwa, już niemal wie, że wspólne działanie zwiększa szanse na powodzenie. Mifune zaczyna być dla niego nie przeciwnikiem, ale partnerem. A ten staranny ogród to manifestacja fatalistycznego pogodzenia się z losem.

Cały film jest wypełniony takimi scenami, które błahe w swym zasadniczym działaniu, przez sytuację w jakiej się znaleźli stają się znaczące, a wgląd w nie tak uwidocznione przybliża właściwe rozumienie tego kim są i co powinni zrobić. To ważne, gdyż w opowieści prócz wszystkich wymienionych utrudnień jakie mogą powstać między bohaterami jest jeszcze jedna potężna bariera. Mówią absolutnie różnymi językami, zupełnie się nie rozumiejąc. Żaden dialog werbalny nie jest między nimi możliwy. Pozostaje im tylko najstarszy język świata i najtrudniejszy do skłamania. Język gestów i działań skierowanych do siebie nawzajem.

Teraz nie mogę nie wspomnieć o jednym z najsmakowitszych aspektów tego filmu. ‘Pojedynku’ aktorskim między Toshiro Mifune i Lee Marvinem. Najpierw wspaniały Lee, który dla mnie pozostanie w pamięci trochę już zapomnianym filmem ‘Zabójcy’, w którym wykreował najbardziej ‘zimnego’ psychopatycznego zabójcę na zlecenie. Czy obsesyjnego ‘twardziela’ dochodzącego za wszelką cenę swoich racji w Zbiegu z Alkatraz . Nie wiem czy się nie mylę, ale wydaje mi się, że to właśnie Lee Marvin stworzył w filmie zupełnie nowe podejście do aktorstwa, kreując niezwykle gwałtowne postacie praktycznie bez opisywania ich nadekspresyjną grą ciała. Cała siła pochodziła z wnętrza, z minimalnych ledwo zauważalnych gestów, wygrywania bezruchu czy pauz.
Tworzył w każdym razie niezwykle sugestywne studium osobowości opętanych, a jednocześnie zewnętrznie zimnych i śmiertelnie opanowanych. I tworzył z ogromną siła sugestii, a jego postacie miały moc długiego trwania w pamięci. W Piekle na Pacyfiku nie gra tak wykręconej osobowości. Bo i człowiek którym jest w tym filmie, to ‘każdy Amerykanin’, ale jego umiejętności pozwalają na bardzo dobitne rozwiniecie tej postaci. W jego oczach, w pobrużdżonej twarzy, w jego ruchach możemy odczytać o wiele więcej niż wpisano w scenariuszu. A to klucz przecież by zrozumieć motywacje jakimi kieruje się postać. Lee Marvin, zimny twardziel, posiada też niezwykle rozwinięte poczucie naturalnego komizmu, i w Piekle na Pacyfiku i ten mechanizm wykorzystał w stopniu najwyższym. Poprzez gag (scena nauki aportu, scena kucharzenia) dosadnie wybija dramatyzm sytuacji w jakiej znalazła się kreowana postać. To komizm najwyższej próby, bo za pan brat z tragedią.

Toshiro Mifune. Bezwątpienia jeden z najwybitniejszych aktorów świata. Akceptuję go zawsze w ciemno, ale przyznam się, że w tym filmie miałem zastrzeżenia. Po przeczytaniu materiałów jakie zamieściła zbroia, troche teraz więcej rozumiem i być może moje zastrzeżenia właśnie pokrywają się z problemami jakie wystąpiły na planie filmu, a dotyczącymi, kłopotów z porozumiewaniem się reżysera i artysty. Ale nic to, zastrzeżenia moje to kropla w morzu zadowolenia, co więcej Toshiro dał w tym filmie popis swoich możliwości bardzo szeroki, a w kilku scenach wbił mi się tak w czaszkę że zadrżałem. Wybór Toshiro do filmu był genialny z tego powodu, że chyba żaden aktor japoński nie potrafi być tak komunikatywny dla odbiorcy z zachodniego świata jednocześnie nie roniąc nic ze swojej ‘japońskości’.
No i jeszcze to, że Mifune miał kilka okresów swojego ‘warsztatu filmowego’, i z silnie ekspresyjnej gry (Siedmiu samurajów) ewoluował w kierunku oszczędnych w gestach, ale mocnych wyrazem postaci.

Tak, że na planie spotkało się dwóch filmowych twardzieli, trudno sobie wyobrazić lepszy rarytas. Twardzieli nie siłą muskułu, szybkością przeładowywania magazynka karabinu maszynowego, ale siłą przeżytego życia, doświadczenia, współodczuwania świata i ludzi.


Chciałbym jeszcze parę słów o reżyserii Boormana. Para słów: świetna reżyseria! Boorman ‘dyrygenturą’ i montażem osiągnął efekt wspaniały. Sprawił, że tej reżyserii w ogóle się nie dostrzega. Stworzył omalże film dokumentalny, etnograficzny, wyzyskując w ten sposób wszystkie niuanse przedstawianej sytuacji i wyciskając z aktorów prawdę postaci do cna. Powstał film piękny i nie nużący. Wielkich umiejętności potrzeba by potrafić tak się ukryć za swoim dziełem. No, i oczywiście zdjęcia. To nie tylko ilustracje opowiadanej fabuły, ale częstokroć soczysty komentarz do zdarzeń. To zdjęcia sprawiają, że w pewnym momencie możemy sobie uświadomić, że na tej bezludnej wyspie jest jeszcze jedna para oczu śledząca uważnie poczynania bohaterów. Bo to sama wyspa, czyli czas, który był długo przed rozbitkami i który będzie trwał długo po nich, obserwuje beznamiętnie ich poczynania. Czy okażą się godni swego dalszego trwania, czy sczezną.

Na koniec jeszcze chcę powiedzieć, że nie sądzę by ten film znalazł się kiedykolwiek na listach topowych filmów wszechświata. Bo po pierwsze, mimo wszystko to film kameralny, bo po drugie nie bardzo ‘poprawny’ pod wieloma względami i po trzecie bo … wiemy kto takie listy poskrybcyjne pisze, dla kogo i dlaczego.
Dla mnie to jednak jeden z niewielu filmów (bo ileż w końcu, biedny poczciwina filmowy jest w stanie obejrzeć), które zostają w pamięci i do których się wraca.