Stare niusy
Pustelnia pod Krakowem.

Niezwykły objaw anachoretyzmu w XX. wieku.

Wśród pustki i szczerego pola, w pobliżu lasku mogilskiego, znajduje się tuż pod Krakowem pustelnia, o której krążą przeróżne legendy między okolicznym ludem.

W oddaleniu około dwóch kilometrów od klasztoru XX. Cystersów w Mogile, kilka wbitych w ziemię wysokich pali, opodal wykopana w ziemi jama nakryta deskami i słomą, otoczona gęstym lubo walącym się już parkanem, ściąga wzrok zabłąkanego w tych stronach przechodnia, który zdjęty strachem i nieśmiałością nie zbliża się do pustelni, lecz zdala obserwuje ten pełen tajemniczości zakątek, który ludność miejscowa otoczyła już aureolą legendy.

Lud okoliczny nazywa jamę poprostu pustelnią, lub pustelnią "zakonnicy Małgosi“.

Małgosię widziało niewielu. Ci co mieli sposobność ją widzieć, twierdzą, iż jest to kobieta w wieku z górą lat 50, ubrana w czarny, powłóczysty habit mniszki, z kosturem w ręku przechadza się nad bagnami, jedynie nocą... Mają ją za kobietę poświęconą Bogu, a jednak boją się jej i unikają. Żaden z wieśniaków miejscowych nie wszedłby do pustelni, nawet w biały dzień.

Przeszłość pustelni.

Na miejscu dzisiejszej jamy, stała przed paru laty chatka kryta strzechą. Wybielona i schludnie utrzymana nie robiła wrażenia pustelni, lecz dostatniej chatki kmiecej. Małgosia gospodarowała w niej, sadziła kartofle i plewiła, modliła się i żyła w samotności. Tak schodził rok za rokiem. Zimą bywało Małgosia wyjrzy ze swej pustelni, na świat Boży popatrzy, poduma, pokiwa głową jakby na znak, że zima długo jeszcze trwać będzie i chowa się napowrót do swojej chatki.

I byłaby Małgosia żyła sobie nadal w chatce wieśniaczej i snuła dalej przędzę swego pustelnictwa, gdyby nie pan wójt, który uwziął się ściągnąć z pustelnicy podatek z domu i kilku sążni uprawnej ziemi. Małgosia jednak stawiła opór władzy. Postanowiła podatku nie płacić, a kiedy wójt zagroził jej żandarmami, zburzyła dom podlegający podatkowi i wykopała jamę w której zamieszkała, podatku atoli nie zapłaciła.

Skąd przyszła Małgosia i od jak dawna tam siedzi, trudno tam dopytać się wśród okolicznej ludności.

Pustelnia — siedzibą czarta.

Przed paru tygodniami ludzie wracający wieczorem z nieszporów z Mogiły słyszeli długi, przeraźliwy krzyk, dochodzący od strony pustelni. Po chwili rozpaczliwy krzyk powtórzył się z większą jeszcze siłą. Wracający z kościoła wieśniacy, przypuszczając iż napadł ktoś Małgosię i niewątpliwie ją morduje, ruszyli na posterunek żandarmeryi z prośbą o ratunek dla nieszczęśliwej.

Zupełnie nagle i niespodzianie naprzeciw gromadki wieśniaczej wybiegła z rozwianym włosem Małgosia... Przerażeni tem zjawiskiem wieśniacy rozpierzchli się na wszystkie strony...

Od tego zajścia lud nazywa Małgosię „dyablicą“ i unika jej jeszcze więcej. Widzieć ją jest nieszczęściem dnia. „Dyablicą“ straszą dzieci podczas wieczornych opowiadań, „dyablicę“ widzą także pijacy, późną nocą wracający do domów. Oczy płoną jej jak pochodnie, w ręku trzyma rozpalone do czerwoności widły, a z ust jej bucha płomień straszliwie syczący...

Wdarcie się do pustelni.

Wieść o pustelni znajdującej się w pobliżu Krakowa, doszła do moich uszu, za wszelką cenę tedy postanowiłem zbadać to tajemnicze pustkowie, a także o ile możności zapoznać się z tajemniczą mieszkanką pustelni.

Zachodziłem tam kilkakrotnie, lecz zawsze zastawałem drzwi pustelni zamknięte. Zniecierpliwiony w końcu przelazłem przez parkan i w ten sposób dostałem się do wnętrza. Na podwórzu przed jamą, mnóstwo starego żelaza i drzewa. Przy do jamy oparty o stos desek, pustelniczy krzyżyk, u stóp jego piszczele i trupia głowa...

W jamie ciemno i zaduch... mnóstwo starych szmat i garnków, pod ścianami masy nagromadzonej słomy, z pośród której jeden jedyny mebel przez ludzi kultury używany — piec żelazny wychylił ku mnie zdziwioną głowę.

Kiedy nieznośny fetor dostatecznie dał mi się we znaki i już się zaczynałem cofać, nagle, o cudo!... jedna z kopic słomy się poruszyła i przed niemniej zdumionym jak przerażonym badaczem pustelni ukazała się kobieta stara i szpetna, ubrana w długi i ciemny szlafrok, przypominający habit mniszy.

— Co tu? Kto? — spytała skrzeczącym głosem.

— Chciałem obejrzeć pustelnię, znaną na całą Polskę. Mieszka pani przecież w prawdziwej pustelni, przy wejciu krzyżyk przypomina dawne pustelnie świętych... w puszczy. Są i piszczele ludzkie... — mówiłem bezładnie, aby coś przecież powiedzieć.

— Nie panie, to z wołu...

— Trupia głowa, mała, musi być pewnie głową dziecka...

— To z drzewa...

— Mają panią za świętą w okolicy.

Twarz staruszki pokryła się rumieńcem.
Wyprostowała się a duma i radość malowały się na jej twarzy. Nie dała jednak poznać po sobie ukontentowania i głosem, który starał się być zimnym i obojętnym spytała:

— Mnie za świętą ? — Niesłusznie, niesłusznie panie. Modlę się, poszczę, pracuję, ale gdzie mi tam jeszcze do świętej.

— Zimno tu musi być pani w tej jamie ?

— Zimno, jak bywa mróz wielki, to i tutaj zimno okrutnie. Modlę się tedy i otulam mocniej. Nie wiele to pomaga... Tu panie straszy wtedy i strzela jak z armat...

— Pewno z mrozu...

— Nie panie, to czart na moją cnotę nastaje. Ciało umartwiam pracą także... Poza jamą zaczęłam budować wieżę... słupy już stoją, będzie wielka i wysoka, wymoszczę ją sianem, przyjdą z miasta panny będą się modlić, modlić...

— Ale idź już pan idź... na Anioł Pański dzwonią, a potem czas próby i rozmów... zlecą się tu duchy... wrony i będą odmawiać swój pacierz...

— „Anioł Pański zwiastował“...

Głos zrazu głośny, zamienił się w cichą i smutną kaskadę słów, jakby modlitwę za umarłych.

Opuszczałem „pustelnię“ z mięszanemi uczuciami. Litość serce moje przepełniała, litość dla tej biednej, opuszczonej i bezwątpienia obłąkanej kobiety, która w pogoni za jakimś fantomem nieuchwytnym, podyktowanym jej przez schorzałą wyobraźnię, skazała się na pustelniczy żywot w nędznej jamie ziemnej.

A to wszystko dzieje się w roku pańskim 1911, tuż pod Krakowem, znanym z swej różnorakiej filantropii i obfitującym w tyle set instytucyj dobroczynnych.
M. W.



Ilustrowany Kurier Codzienny nr 113. 18 maja 1911
Troche humoru
ALE... KTÓRY?
U Nancy Carral zadźwięczał telefon. Gwiazda ujmuje słuchawkę:
- Hallo! Kto mówi?
- Tu Adolf — odzywa się głos Adolfa Menjou.
- Kto? Nic nie słyszę.
- Adolf. A jak Albert, d- jak Damita, o jak Olgierd, l jak Ludwik, f jak Fryderyk.
- No dobrze, dobrze — woła zniecierpliwiona gwiazda — ale który to z was?...

Co nowego?
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
ZAPOTRZEBOWANIA FILMOWE 

Filmy poszukiwane

Lista


The Woman Who Left / Ang babaeng humayo (2016)


Dramat | 3 godz. 46 min.
produkcja: Filipiny
premiera: 9 września 2016


scenariusz i reżyseria: Lav Diaz


zdjęcia: Lav Diaz



Recenzja filmu The Woman Who Left (2016)
Było, nie minęło
autor: Łukasz Muszyński, źródło: filmweb



Lav Diaz nie bierze jeńców. Jego niektóre dzieła trwają tyle co ustawowy dzień pracy. Reżyser nie poddaje się standardom współczesnego kina: dyktatowi nieustannego dziania się, konieczności zagęszczania filmowej rzeczywistości do przepisowych dwóch godzin. Twórczość Filipińczyka jest hermetyczna, a co za tym idzie: skazana na istnienie wyłącznie w obiegu festiwalowym. Mimo to nie czuć w niej artystowskiej blazy i zachwytu nad sobą. Wręcz przeciwnie: to kino głęboko zanurzone w rzeczywistości a przy tym niepozbawione krytycznego pazura.

Walczący o Złotego Lwa dramat "The Woman Who Left" zaczyna się jak amerykański sensacyjniak albo żeńska wersja "Oldboya". Po 30 latach spędzonych w więzieniu za zbrodnię, której nie popełniła, Horacia Somorostro (znakomita Charo Santos-Concio) zostaje wypuszczona na wolność. Świat bez krat nie ma jednak bohaterce za wiele do zaoferowania: mąż nie żyje, syn zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach, zaś niewidziana od dekad córka wydaje się obcą osobą. Kobieta opłakuje zmarłych, doprowadza do ładu swoje relacje z żywymi, a potem zaczyna planować zemstę na człowieku, który zniszczył jej życie, wrabiając ją w przestępstwo.


Horacia to arcyciekawa postać. Jeszcze w więzieniu widzimy, jak niesie pomoc towarzyszkom niedoli, a w wolnych chwilach uczy angielskiego i chemii dzieci więźniarek. Kobieta pozostaje dobrą Samarytanką także po opuszczeniu zakładu. Oddaje swój dom i ziemię potrzebującej rodzinie, otacza opieką biednych, chorych i uciśnionych: cierpiącego na padaczkę transwestytę, drobnego ulicznego sprzedawcę oraz chorą psychicznie dziewczynę. Bohaterka skrywa jednak drugie mroczniejsze oblicze: wytatuowanej twardej babci, która potrafi spuścić manto agresywnemu obwiesiowi i fachowym okiem ocenić broń potrzebną do wykonania wyroku. Ze skrawków dialogów można się domyślić, że w trakcie odsiadki Horacia zaliczyła wszystkie szczeble kryminalnej edukacji. Na ile zmieniło ją więzienie? Czy niesłuszna kara, jakiej została poddana, osłabiła czy raczej wzmocniła jej wiarę w Boga? Czy uczynione przez nią dobro może stać się niezamierzenie zarzewiem zła? Na te pytania Diaz nie udziela jednoznacznej odpowiedzi.

Akcja filmu rozgrywa w drugiej połowie lat 90. Z radia płyną doniesienia o trawiącej kraj pladze porwań, odłączeniu Hongkongu od Wielkiej Brytanii, śmierci księżnej Diany i matki Teresy. Dla mieszkających na prowincji bohaterów ten medialny szum wydaje się jednak abstrakcją. Ich rzeczywistość to przemoc na ulicach, wegetacja w warunkach urągających ludzkiej godności oraz społeczna znieczulica. Gdy Horacia po spędzeniu pół życia w celi wychodzi na wolność, nikt nie raczy jej nawet przeprosić za decyzję skorumpowanego sądu. Ponurą wymowę filmu uwydatnia jego surowa forma: nieruchome, płaskie, czarno-białe kadry oraz brak muzyki ilustracyjnej. Gdy po trzech godzinach projekcji kamera na kilkadziesiąt sekund zostaje nagle wprawiona w ruch, można odnieść wrażenie, jakby w fabule nastąpił szokujący zwrot akcji.

Diaz celebruje momenty zastoju i monotonii, zmusza widza do skupienia się na sytuacjach, które pozornie nie popychają do przodu historii. Jakby wierzył, że tylko wtedy da się uchwycić prawdę o bohaterach i świecie dookoła nich. Czasem jego metoda przynosi wyśmienite rezultaty. Zdarzają się jednak momenty, które wystawiają naszą cierpliwość na próbę i ostatecznie nic nie wnoszą. Na minus trzeba także policzyć bardzo przeciętnie zagrane role drugoplanowe oraz szablonowego złoczyńcę – filipińskiego Janusza Tracza, który bez skruchy opowiada księdzu o potwornych uczynkach z przeszłości. Było, minęło – zdaje się mówić czarny charakter. Nie ma racji. Nierozgrzeszone winy mogą wrócić ze zdwojoną siłą, ciągnąc na dno także innych.






występują:

Charo Santos-Concio . . . . . . . . . . Horacia Somorostro
John Lloyd Cruz . . . . . . . . . . Hollanda
Michael De Mesa . . . . . . . . . . Rodrigo Trinidad
Noni Buencamino . . . . . . . . . . Magbabalot
Shamaine Buencamino . . . . . . . . . . Petra
Mae Paner . . . . . . . . . . Opiekunka
Mayen Estanero . . . . . . . . . . Nena
Marjorie Lorico . . . . . . . . . . Minerva

... i inni


montaż Lav Diaz

scenografia Popo Diaz

produkcja Lav Diaz, Ronald Arguelles, Kristine Kintana
Na tej witrynie nie ma forów.

Zaloguj się  •  Zarejestruj się

Kto jest online

Jest 4 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 1 gość (wg danych z ostatnich 5 minut)
Najwięcej użytkowników (64) było online pn wrz 24, 2018 9:15 pm

Zarejestrowani użytkownicy: Exabot [Bot], Heise IT-Markt [Crawler], Tonder
Legenda – kolory grup: klasykanin, azraella, caligari, zelig, supernova

Urodziny

Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Statystyki

Liczba postów: 13100 • Liczba tematów: 12765 • Liczba użytkowników: 9073 • Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Imm

Dzisiaj jest pn paź 22, 2018 2:13 pm