Eros y Tanatos
 

KOMENTARZE

 
Adante dodane: 02-03-2015 09:59
Podróżując po omszałych czasopismach, w pogoni za informacjami o polskim kinie przedwojennym, natykam się na zadziwiające informacje. Natykam? Raczej grzęznę w ich migotliwym bogactwie. Fascynujący świat sprzed ponad stu lat. Tak dawno … czym dłużej w nim jestem tym mi się bliższym staje. Szkoda mi było znów to zawieruszyć i dlatego postanowiłam, choć część tych perełek zachować. Dla siebie …. ale i dla każdej podróżniczej temporalnej wagabundy.
Ponoć pewne grono zajrzawszy tu, zadało pytanie: Jaki w tym sens?
Cóż za pytanie! Pewnie, że nie ma sensu. Ale za to jest Czas!
 
Niezwykłe procesy
Zbrodnia przy ul. Szlak.
Morderstwo rabunkowe.

Dzisiejszej nocy odkryto w kamienicy przy ul. Szlak 27 w Krakowie ohydną zbrodnię popełnioną na osobie 65-letniej Wincencyi z Łojewskich Siennickiej, wdowy po zarządcy podatkowym Rajmundzie, właścicielki kamienicy przy ul. Sławkowskiej pod liczbą 27. Morderstwo, popełnione wśród okoliczności niezwykle tajemniczych, otacza do tej pory zagadka, nad której rozwiązaniem pracuje prawie cała policya krakowska.
Wedle szczegółów zebranych przez naszego sprawozdawcę na miejscu strasznego wypadku, morderstwo popełniono w następujących okolicznościach.

Podejrzana cisza.

Córeczka stróżowej Kuzarowej Franciszki, uczennica 2-giej klasy wydziałowej, przechodząc wczoraj po południu około okna kuchni ś. p. Siennickiej, wychodzącego na szczupły podworzec zaważyła, iż okno było przysłonięte szczelnie portyerami, wbrew zwyczajowi nieboszczki, która zasuwała zwykle firankę tylko do połowy okna.
Pod tym wrażeniem udała się córeczka Kuzarowej do matki i oznajmiła jej o swem spostrzeżeniu słowami:
— Mamo! okno Siennickiej zatkane jest jakiemiś szmatami!
Następnie przystawiwszy stołek do okna, zaglądnęła do wnętrza, gdzie uderzył ją ogromny nieład.
Kiedy następnie przekonano się, iż drzwi wchodowe, prowadzące do mieszkania Siennickiej są zamknięte na klucz — a w mieszkaniu panuje znpełna cisza — zawiadomiono o tych spostrzeżeniach właściciela domu p. Guzikowskiego, a ten zwrócił się do córki ś. p. Siennickiej, żony dyrektora gimnazyum w Tarnowie dra Jana Lenieka z prośbą, by przyjechała niezwłocznie do Krakowa. Równocześnie zaś zawiadomiono policyę.

Z ramienia policyi przybył natychmiast urzędnik policyi p. Engelmann wraz z kilku agentami, a w chwilę później przybył dyrektor policyi r. rz. Flattau, komisarz Krupiński i inspektor Karcz. Przy pomocy ślusarza otworzono drzwi a po przejściu wąziutkiego przedpokoju udano się do kuchni.

Zbrodnia.

Tu oczom obecnych przedstawił się widok ścinający krew w żyłach. Na podłodze w kuchni leżały zwłoki staruszki. Zwał poduszek i garderoby zakrywał ciało, twarzą zwrócone do podłogi. Obok widniała kałuża krwi, którą powalane było także całe łóżko, stojące przy ścianie. Z pod stosu poduszek i sukien widać było głowę staruszki pokrytą wielkiemi ranami. Rozmiar ich i głębokość kazały przypuszczać, że zadane były ostrzem siekiery.
Zwłoki staruszki ubrane były w zwykły jej strój codzienny.

Tajemnicza kartka.

Kiedy obecni ochłonęli z pierwszego wrażenia — rozpoczęto wizyę lokalną. Na szybie drzwi prowadzących do przedpokoju — widniała nalepiona kartka, na której z jednej strony znajdował się napis, dużymi, wykaligrafowanemi literami zamieszczony:
„Wyjechałam na kilka dni“.
Po drugiej stronie kartki napisał zbrodniarz prawdopodobnie dla zatarcia śladów:
„Zabiłam z złości osobistej“.
Charakter pisma wskazuje, iż słowa po obu stronach kartki pisała jedna i ta sama osoba.
Po przyjęciu do wiadomości tego faktu — udano się do dwóch dalszych pokoi, gdzie zastano meble w największym porządku, a szafy były pozamykane na klucz. W ciemnej nyży, która znajduje się w przedłużeniu przedpokoju — umieszczone były kufry, w których staruszka przechowywała pieniądze i walory. Czy zbrodniarz skradł coś stamtąd i w jakiej ilości — na razie nie stwierdzono.
Kiedy spełniono morderstwo?
Wedle śledztwa dotychczasowego morderstwo popełniono przedwczoraj około godziny 10-tej w nocy.
Zamordowaną staruszkę widziano po raz ostatni we wtorek przed godz. 10 w nocy. Zbrodniarz czy zbrodniarze czekali prawdopodobnie chwili, kiedy staruszka powróciła z podworca i rzucili się na nią — zdaje się — w przedpokoju. Prawdopodobnie jeden z nich chwycił staruszkę pod gardło i zaczął ją dusić, a drugi porwawszy leżącą w kuchni siekierę zadał jej straszny cios w głowę.

Pierwsze aresztowanie.

Policya sądzi, iż zbrodniarz kryje się w najbliższem otoczeniu zamordowanej.
W tem przypuszczeniu aresztowano zamieszkałego w tej samej kamienicy 19- letniego Władysława Tokarza, który niedawno opuścił więzienie św. Michała, a w którem odsiadywał karę jednomiesięcznego aresztu. Nie jest wykluczonem, iż młody ten człowiek stał w porozumieniu z mordercą, na razie jednak należy powstrzymać się z wszelkiemi w tym kierunku przypuszczeniami.
Ponieważ krytycznego dnia widziano w sieni młodego mężczyznę, który niespokojnie kręcił się w kamienicy, przedsięwzięto również w tym kierunku dochodzenia.
W jaki sposób zbrodniarze oddalili się.
Podworzec kamienicy, w której popełniono morderstwo przylega do ogrodu, sąsiadującego z realnością p. Stachowicza, której front wychodzi na ulicę Długą. Jest to jednak wątpliwem, czy mordercy oddalili się tą drogą, gdyż w ogrodzie realności pana Stachowicza spuszczany bywa na noc duży, złośliwy pies, który w każdym razie zaalarmowałby szczekaniem sąsiedztwo.
Być może zatem, iż zbrodniarze przeczekali noc w kamienicy i wyszli dopiero po otwarciu bramy. Faktem jest, że zbrodniarz powrócił do kamienicy nazajutrz i wówczas to przylepił na drzwiach ową tajemniczą kartkę z napisami

Ś. p. Siennicka

prowadziła tryb życia bardzo skromny i mieszkała w tej samej kamienicy od lat 18-stu. Zamordowana zamknięta w sobie, znana była ze swej oszczędności. Skąpstwo jej charakteryzuje najlepiej fakt, iż przed miesiącem oddaliła obsługującą ją stróżowę, gdyż nie chciała jej więcej płacić jak trzy korony miesięcznie.
Wrażanie zbrodni.
Wieść o zbrodni rozeszła się w okolicy lotem błyskawicy. Przed domem przy ul. Szlak gromadzą się tłumy gawiedzi, które żywo komentują zbrodnię. Niektórzy, bardziej ciekawi, usiłują dotrzeć do wnętrza kamienicy — napotykają jednak na żołnierzy policyjnych, którzy nie wpuszczają do sieni nikogo z wyjątkiem przedstawicieli władzy i prasy.

Komisya sądowo-lekarska.

Na miejsce zbrodni przybyła o godz. 11-tej komisya sądowo-lekarska złożona z lekarza sądowego dra Horoszkiewicza, prokuratora Olszewskiego, sędziego dra Neussera i kancelisty Klementowskiego. Nadto przybył dyr. pol. r. Flattau. Lekarze stwierdzili, iż zamordowana otrzymała dwa cięcia siekierą, jedno w głowę, drugie w ramię. Zwłoki przewiezione zostaną do Collegium medicum, gdzie odbędzie się sekcya.
Zanotować należy, iż zmarła mimo, iż zajmowała dwa pokoje i kuchnię, mieszkała tylko w kuchni, w pokojach nieruszane były meble od śmierci jej męża. Wedle opowiadania córki ś. p. Siennickiej p. Leniekowej, zamordowana posiadała znaczny majątek, przechowywany w nyży tuż koło kuchni.

O godzinie 12-tej

rozpoczęła się szczegółowa wizyt lokalna. W tym celu zarządził sędzia dr. Neusser opróżnienie kamienicy ze wszystkich osób, nie mieszkających w niej i zamknięcie bramy, gdyż wizya lokalna obejmie nietylko mieszkanie zamordowanej, lecz cały dom.

Ilustrowany Kurier Codzienny nr 114. 19 maja 1911
Obrazek


Kamienica przy ulicy Szlak, w której dokonano morderstwa na osobie ś. p. Siennickiej. Chwila przybycia na miejsce zbrodni komisyi sądowo-lekarskiej.
Tuż koło latami okno salonu ś. p. Siennickiej.


Zbrodnia przy ul. Szlak.

Za nieprzejrzaną zasłoną tajemnicy.

Straszne morderstwo 65-letniej wdowy Wincencyi z Łojewskich Siennickiej, której trupa znaleziono w nocy ze środy na czwartek w jej mieszkaniu przy ul. Szlak l. 27, jest to po głośnej aferze ś. p. Lewicki-Borowska, która przed dwoma laty mniej więcej o tym samym czasie poruszyła całym Krakowem, niewątpliwie wypadkiem, który zdolny jest wstrząsnąć nerwami ogółu ludności. W domu zamieszkanym przez licznych lokatorów, w domu, gdzie tuziny dzieci w piękny majowy wieczór bawi się. na podwórzu i w ogrodzie, morduje się samotnie mieszkającą kobietę, nikt — nawet najbliższy sąsiad przez cienką ściankę — nie słyszy krzyków ani szamotania się, morderca (a może mordercy) uchodzą nie wiadomo jak i kiedy, trup zamordowanej leży przez blisko 36 godzin na miejscu czynu, nikt nie wie o dokonanej zbrodni i kto wie, jak długo by jeszcze zbrodnia pozostała w ukryciu, gdyby nie przypadek — ten szczęśliwy, który zawsze z pomocą przychodzi sprawiedliwości ludzkiej — w postaci córeczki stróżki, która zaalarmowała lokatorów i w ten sposób spowodowała wykrycie czynu.
We wczorajszym numerze podaliśmy możliwie wyczerpujący opis czynu tak, jak się przedstawiał na podstawie szczegółów, które wczoraj na prędce zdołaliśmy zebrać. Wskazują one, że dokonano na ś. p. Siennickiej skrytobójczego morderstwa rabunkowego.
Kto dokonał morderstwa? Co zrabowano? Oto pytania, które — po za szeroką publicznością — trzymają w niesłychanem naprężeniu wszystkie organa bezpieczeństwa publicznego. Zaznaczyć należy, że dotychczasowe śledztwo rozporządza bardzo nikłym materyałem, z którego nietylko że nie można skon
struować dowodów winy jakiejkolwiek konkretnej osoby, ale nawet nie wystarcza on do sprecyzowania poszlaków, któreby pozwalały na skierowanie śledztwa w pewnym jakim kierunku.
Wobec podobnego stanu rzeczy śledztwo jest niesłychanie utrudnione a całą zbrodnię tę pokrywa — jak rzadko w podobnych wypadkach — niezwykła tajemniczość. Nie wątpimy jednak ani przez chwilę, że nasze władze policyjne przy znanej swej sprężystości, w możliwie najkrótszym czasie odkryją sprawców i oddadzą ich w ręce karzącej sprawiedliwości.

Na miejscu zbrodni.

Dom przy ul. Szlak 1. 27, gdzie mieszkała ś. p. Siennicka, jest dwupiętrową kamienicą starszego typu, bez nowoczesnego komfortu i bez tej sympatycznej schludności, do której w ostatnich czasach w Krakowie tak przywykliśmy. W domu tym mieszkają lokatorzy niezamożni, przeważnie rodziny urzędnicze. Stosunki sąsiedzkie między poszczególnymi lokatorami są — zwyczajem krakowskim — prawie żadne, to znaczy, każdy w tym domu żyje dla siebie, mało się troszcząc o tryb życia sąsiada. Zamordowana zajmowała na parterze po prawej stronie mieszkanie, złożone z dwóch pokoi frontowych dość obszernych, ciemnego przedpokoju, nyży i kuchenki, której okno wychodzi na podwórze.
Pokoje frontowe — sypialnia i salonik — mają steryotypowe mebelki, dywany i oleodruki, które nie dowodzą żadnego specyalnego upodobania mieszkanki. Czystość w mieszkaniu nieszczególna — na szafach dość gruba warstwa kurzu — pozwala przypuszczać, że p. Siennicka nie wiele dbała o blichtr zewnętrzny.
Morderstwa dokonano w kuchence. Jest to ubikacya mała, położona po lewej stronie przedpokoju. W kuchence panuje półmrok — okno na podwórze wychodzące jest przysłonione firanką, której obie połowy spięte są agrafką. Górna część okna stoi otworem. Fetor i zaduch, wionący od rozkładającego się trupa, tłumi oddech.

Położenie trupa.

Na podłodze, wśród chaosu materaców, poduszek i koców, leży trup zamordowanej. Nieboszczka, odziana w czarną suknię, leży na prawym boku, głowa wciśnięta między ramiona, nogi zwrócone ku oknu, na rękach kurczowo zaciśniętych czarne rękawiczki. Twarzy na razie poznać nie można.
Po chwili oczy oswajają się z panującym mrokiem. Straszny widok! Tył czaszki zmiażdżony potężnem jakimś udetzeniem, siwe włosy staruszki zalepione krwią zaskrzepłą. Obok na podłodze zaschła kałuża krwi. Jedna tylko połowa drzwi wiodących do przedpokoju jest po stronie od kuchni obficie krwią zbryzgana. W kącie koło drzwi wisi ręcznik, noszący ślady
krwi. Widocznie morderca ocierał sobie weń odruchowo ręce — odruchowo, gdyż nie ma śladów, jakoby ręce mył po dokonaniu zbrodni w wodzie. Siekiera, którą dokonano zbrodni, zwykła siekiera z inwentarza domowego zamordowanej, cała pokryta zaschłemi plamami krwi, leży na podłodze.
Po za tem żadnych na razie materyalnych śladów zbrodniarza. Żadnych pozostawionych przez niego przedmiotów — widocznie działał z premedytacyą i z wyrafinowaniem, znamionującem wyższy stopień inteligencyi, przygotował i dokonał zbrodni.
W kuchni nieład ogromny. Wszystkie sprzęty — bardzo zresztą prymitywne — i poprzewracane. W pokojach natomiast frontowych ład wzorowy i najmniejszy nawet ślad nie wskazuje na to, by morderca wogóle tam wchodził. Wszystkie meble stoją na swoich miejscach tak, jakgdyby nic się nie stało.

Przypuszczalny przebieg zbrodni.

Zbrodni dokonano między 9-tą a 10-tą wieczorem we wtorek 16 b. m. Fakt to już niezbicie ustalony. Ś. p. Siennicka wieczorem tego dnia koło 6-tej poszła na nabożeństwo majowe, potem była w swojej kamienicy przy ul. Sławkowskiej 1. 27, stąd wyszła koło 8-mej wieczorem, następnie załatwiała w mieście sprawunki — kupiła sobie wędliny na kolacyę za 30 halerzy — i powróciła do swojego pomieszkania koło 9-tej wieczorem.
W mieszkaniu czatował na nią ukryty morderca (analogia do afery ś. p. Lewickiego). Gdy ś. p. Siennicka weszła do pomieszkania, w przedpokoju złożyła kapelusz i w rękawiczkach na rękach weszła do kuchenki, aby zaświecić lampę i spożyć kolacyę.
Wówczas z nienacka rzucił się na nią morderca i siekierą zadał jej potężny cios wymierzony w głowę. Staruszka widocznie machinalnie głowę uchyliła i ostrze siekiery spadło na ziemię, straszliwie ją raniąc. Morderca błyskawicznym ruchem
ponowił cios i tym razem trafił w tył czaszki. Cios był śmiertelny. Staruszka upadła na ziemię, obficie krwią brocząc. Agonia trwała najwyżej 10 minut.
Po dokonaniu strasznego dzieła, zabrał się morderca do szukania łupów. Przedewszystkiem poprzewracał kieszenie nieboszczki. Jaką kwotę tam znalazł, niewiadomo, w każdym razie conajmniej 60 koron, gdyż właśnie tyle zainkasowała ś. p. Siennicka owego wieczoru tytułem czynszu od fotografa p. Pawlikowskiego, mieszkającego w jej domu przy ul. Sławkowskiej. Szukał dalej łupów tam, gdzie spodziewał się, iż są ukryte — a więc w kuchni i w nyży. Ile i co zabrał, trudno będzie ustalić, gdyż staruszka nie prowadziła żadnych rachunków ani nie spisywała swoich dochodów ni wydatków.
W nyży, jak opowiada córka zamordowanej, przechowywała staruszka w kufrach pieniądze i wartościowe przedmioty. Klucze do tych kufrów tkwiły w zamkach.
W jaki sposób dostał się morderca do mieszkania.
Morderstwa dokonała osoba doskonale obznajomiona z trybem życia ś. p. Siennickiej. Wskazuje na to niezbicie okoliczność, że morderca czatował na swą ofiarę w kuchni, a nie w pokojach frontowych, wiedział zatem, zgodnie z rzeczywistym stanem rzeczy, że ś. p. Siennicka przemieszkiwała w kuchni. Morderca znał dokładnie rozkład mieszkania, do którego się dostał podważywszy zamek dłutem. Sprawca już od dłuższego czasu podpatrywał tryb życia Siennickiej, badał zamki przy drzwiach wchodowych i w ostatnich dniach przed czynem — pod nieobecność Siennickiej - rozluźnił zamek wertheimowski przy drzwiach wchodowych i w ten sposób ułatwił sobie wejście do mieszkania w chwili, którą uznał za stosowną do wykonania z góry obmyślanego planu.
Rozluźnienie zamku, szczegół pierwszorzędnej dla śledztwa wagi, wyszło na jaw już przy samym końcu wizyi lokalnej, wczoraj popołudniu koło godziny 5-tej. Gdy wyjęto ten zamek, okazało się, że tkwił bardzo luźno w drzewie i że jeden z zębów zamku, które były wpuszczone w drzewo, był ułamany. Na kilka dni przed śmiercią, skarżyła się ś. p. Siennicka przed stróżką, że zamek jest zepsuty i nie mogła sobie apsolutnie tego faktu wytłómaczyć. Wynika z tego, że już na kilka dni przed dokonaniem czynu sprawca wszystko do czynu przygotował.
Wyszedł sprawca z mieszkania (jeżeli wogóle wychodził) na drugi dzień, t. j. we środę nad ranem. Na drugi dzień t. j. we czwartek, powrócił do tego domu i przylepił na drzwiach wchodowych kartkę o znanej już treści.

Ostatni dzień życia ś. p. Siennickiej.

We wtorek rano — jak zresztą codziennie — po zrobieniu powierzchownych porządków w mieszkaniu, wyszła ś. p. Siennicka około 9-tej rano do miasta do kóścioła. Wróciła koło południa, zakupiwszy w masami pół funta siekanego mięsa za 38 halerzy, które ugotowała sobie na obiad. Po południu koło 6-tej wyszła z domu, ubrana w czarną materyalną suknię, takiż kapelusz i rękawiczki. Poszła do kościoła na nabożeństwo majowe, a koło 8-mej wieczorem była w swoim domu przy ul. Sławkowskiej, gdzie rozmawiała dłuższy czas z dozorczynią domu Michalikową o sprawach swej kamienicy. Wracając do domu kupiła sobie na kolacyę wędlin za 30 halerzy — wędliny te, zawinięte w pakiecik, znaleziono na podłodze. Wróciła do domu koło 9-tej wieczorem. Ostatnią osobą, która ją widziała żywą na tym świecie, była pani I1 nicka; żona mieszkającego w tym samym domu ajenta policyjnego. Widziała ją około 9-tej wieczorem w sieni i pozdrowiła ją nawet słowami "dobry wieczór".
Zresztą dokładne ustalenie wszystkiego, co zmarła w ostatnim dniu swego życia robiła, jest przedmiotem skrupulatnego śledztwa, gdyż kto wie, czy wśród osób — z którymi przypuszczalnie dnia onego rozmawiała — nie należy szukać klucza do tej tajemniczej zbrodni.

Z życia ś. p. Siennickiej.

Wincencya z Łojewskicb Siennicka, straciwszy męża przed blisko trzema laty, wiodła życie samotne, niewesołe, odosobnione życie wdowieńskie. Z nikim nie żyła, a dzień cały zapełniała już to zachodami koło skromnego gospodarstwa domowego, już to odwiedzaniem kościołów oraz doglądaniem swojej kamienicy przy ul. Sławkowskiej. Była bardzo pobożną. Codziennie rano i wieczorem chodziła do kościoła — ze szczególną pilnością uczęszczała na nabożeństwa majowe.
Ś. p. Siennicka była osobą skupioną, zamkniętą w sobie. Z sąsiadami nie wdawała się w żadne rozmowy, nie trzymała służącej, sama sobie wystarczała. Sama gotowała sobie obiady w kuchence a mięso kupowała w okolicznych masarniach przy ulicy Długiej. Była oszędną, nawet skąpą, a najlepiej ilustruje okoliczność tę fakt, że n. p. w poniedziałek, gdy zaszła do jatki p. Swobodowej po zwykłą porcyę pół funta mięsa siekanego i gdy właścicielka jatki radziła jej, żeby zamiast brakującego mięsa siekanego, wzięła sobie na obiad kotlet wieprzowy, nieboszczka odpowiedziała:
Eh! To mi jest za drogo! i odeszła, nic nie kupiwszy.
Wśród sąsiadów nie cieszyła się sympatyą, a to z tej przyczyny, że ją uważano za bardzo bogatą lecz brudno-skąpą. Przesadne wieści o jej majątku rozrastały się na bujnym gruncie sąsiedzkich pogawędek — w rzeczy zaś samej dochody ś. p. Siennickiej składały się z emerytury po swoim mężu (180 k. miesięcznie) i z dochodów kamienicy przy ul. Sławkowskiej. Niewątpliwie były to dochody dość znaczne, zwłaszcza jeśli się zważy, że przy skąpym trybie swego życia nader mało wydawała na własne potrzeby.
Jako właścicielka kamienicy, jako gospodyni domu, stała wobec swoich lokatorów na ustawowem stanowisku gospodarza — krakowskiego. Więc z akuratnością i skrupulatnością ściągała czynsze, była nawet w tym kierunku twardą, naprawki w mieszkaniach lokatorów uskuteczniała niechętnie, jednem słowem, wyłącznie i jedynie dbała o swój własny interes.

Co mówi stróżka domu z ul. Sławkowskiej.

Zwróciłem się po informacye do stróżki domu ś. p. Siennickiej przy ul. Sławkowskiej 1. 27. Zofia Michalikowa, 50-letnia z górą, sympatyczna kobieta, jest wprost oszołomiona tym strasznym wy
padkiem. Ze łzami w oczach opowiada znane już szczegóły z ostatniego dnia życia ś. p. Siennickiej, a przechodząc do jej charakterystyki, opowiada:
Oj! Proszę pana! Nie była ci ona może taka zła i twarda — owszem, miała dobre serce — ale chodziła około swoich interesów i dbała o nie.
A dużo wam płaciła pensyi za stróżostwo ? — pytam.
Gdzietam, proszę pana płaciła! To ja jej płaciłam za stancyę 32 koron miesięcznie i jeszcze musiałam kupować naftę do oświetlenia schodów za własne pieniędzy. A kiedy w styczniu się dowiedziała, że na zimę wstawiłam do piwnicy kapustę, podwyższyła mi czynsz za stancyę na 40 koron miesięcznie!
A za stróżostwo nic wam nie płaciła? — pytam zdumiony.
Ani centa! Za mieszkanie, za które płaciłam, muszę być jeszcze stróżką! Takie to proszę pana ciężkie czasy! — dodaje sentencyonalnie.
A dlaczego nieboszczka nie mieszkała w swojej kamienicy, proszę pani? — rzucam pytanie.
Właśnie proszę pana! To jest co ja jej ciągle mówiłam! Dlaczego pani się nie sprowadza tutaj — mówiłam do niej cięgiem — miałaby pani gospodyni i opiekę i doglądalibyśmy panią i nie byłaby pani gospodyni taka samotna i opuszczona!
A cóż ona na to?
To też to! — mówi z płaczem poczciwa kobieta. — Nieszczęście tak nagle przyszło, bo gdyby nie to, toby się nieboszczka do nas sprowadziła. Właśnie na drugiem piętrze stoi próżne mieszkanie, złożone z 2 pokoi i kuchni za 100 koron miesięcznie. Pani gospodyni furt mówiła, że jak się nie znajdzie lokator, to się od lipca do nas sprowadzi.
A nie można było znaleść lokatora?
Eh! proszę pana redaktora! To taka rudera, ktoby chciał za to 100 koron miesięcznie płacić!
A dawno już tu pani jest w tym domu?
12 lat proszę pana! Mój mąż pracuje przy kolei, dzieci chodzą do szkoły, teraz taka drożyzna, musimy ciężko pracować !
Czy nieboszczka chciała ten dom
sprzedać?
Chciała, nie chciała! Któżby nie chciał ? Ale stawiała wysoką cenę, 100.000 koron — a to przecież stary dom proszę pana! Nachodzili ją tam rozmaici pośrednicy i ona się do nich skarżyła!
Czy pani wie kto do niej chodził?
Rozmaici! Jeden z taką dużą brodą — tego się najbardziej bała.
Więc się bała?
I to bardzo! Żyła w ciągłej trwodze przed bandytami! W mieszkaniu swojem była zawsze zamkniętą na wszystkie spusty a nikogo nie wpuszczała, dopóki się dokładnie przybyszowi nie przypatrzyła przez szybę drzwi wchodowych. Dziadów to już absolutnie nie wpuszczała! No i sprawdziły się jej przeczucia! — kończy ze łzami w oczach p. Michalikowa.

Materyalne ślady zbrodni.

Komisya sądowo-lekarska bez przerwy z wytężeniem pracowała wczoraj od 12 w południe do późnego wieczora. O godz. 5-tej popołudniu zajechała przed dom trupiarka i zabrała zwłoki do zakładu medycyny sądowej, gdzie dzisiaj odbędzie się sekcya zwłok. Tłumy publiczności otaczają ustawicznie dom cały, a cały sztab ajentów i policyantów pilnuje porządku.
W mieszkaniu urzędowała komisya pod przew. sędziego śledczego dra Neussera. W skład jej wchodzili: kom. pol. dr. Krupiński, prokurator dr. Olszewski, lekarze prof. dr. Wachholz i dr. Jankowski, oraz inspektorzy policyjni Karcz i Mohr.
Śledztwo prowadzone jest przy pomocy całego aparatu nowoczesnej techniki kryminalistycznej. Nowo urządzony „pod telegrafem“ zakład do daktyloskopijnego badania odda niewątpliwie śledztwu pierwszorzędne usługi.

Odciski palców.

Dotychczas znaleziono kilkanaście odcisków palców na drzwiach kuchennych, na klamce i na ręczniku. Odciski te odpowiednio zabezpieczono.
Po za tem odkryto na cynkowej blasze, umieszczonej od ulicy pod oknem frontowego pokoju sypialnego, bardzo wyraźne odciski palców. Kawałki te blachy wycięto.
Jest to szczegół pierwszorzędnej wagi, albowiem, gdyby się sprawdził, byłby dowodem, że więcej osób brało udział w zbrodni, a przynajmniej jeszcze druga osoba, która podczas mordowania stała na ulicy i przez okno frontowe zaglądała co się wewnątrz dzieje. Zaznaczyć należy, że odciski znalezione, zgadzają się z odciskami palców osób, przeciw którym dotychczasowe śledztwo się zwróciło, wina tych osób byłaby niewątpliwie stwierdzoną.
W końcu zaznaczyć należy, że kartka na drzwiach, niewątpliwie napisana ręką dwóch osób, jest przedmiotem najskrupulatniejszego badania, gdyż jest właściwie — na razie — jedynym corpus delicti, pozostałym po zbrodniarzu. Znawcy pisma skrupulatnie badają pismo na tej kartce i porównują je z pismem osób dotąd przytrzymanych.

Kto popełnił morderstwo?

Dwie wersye.
Faktem niezbicie stwierdzonym jest, że morderstwa dokonać mogła tylko osoba (albo osoby), najdokładniej obznajomiona z trybem życia nieboszczki. I to punkt wyjścia do całego śledztwa!
Motywem zbrodni była chęć rabunku, albo — co już jest mniej prawdopodobne — zemsta osobista za jakąś rzeczywistą lub urojoną krzywdę, którą sprawca, po dokonaniu morderstwa, zamaskował przez dokonanie rabunku. Bo niewątpliwie rabunku dokonano.
Kryminalistyka zna podobne wypadki w tym też kierunku toczą się dochodzenia. Śledztwo całe jest otoczone’ — w czem zresztą nie ma nic dziwnego — najściślejszą tajemnicą.

Aresztowania.

W ciągu dnia wczorajszego aresztowała policya trzy osoby, przeciw którym śledztwo dostarczyło pewnych poszlak. Nazwiska aresztowanych są następujące: Franciszka Kuzarowa, stróżka domu przy ul. Szlak 27, Władysław Tokarz, 19-letni młodzieniec bez zajęcia, zamieszkały w tym samym domu i Dębówski, szwagier Kuzarowej, robotnik zamieszkały w Krowodrzy.
Franciszka Kuzarowa
stróżka domu przy ul. Szlak 1. 27, jest kobietą około 50-letnią. Od 18 lat jest stróżką w tym domu. Jej mąż jest monterem w wojskowem laboratoryum strzelniczem na Grzegórzkach a jej najstarsza córka jest zamężną za wachmistrzem z tego laboratoryum. Najstarszy syn Kuzarowej, 18-nastoletni uczeń 8 kl. gimnazyalnej był wczoraj przesłuchiwany na policyi i z tej okoliczności ukuł jeden z porannych dzienników wiadomość o aresztowaniu“ tego studenta, wysnuwając wnioski na temat „szablonowego“ postępowania policyi.
Nie mamy zamiaru bronić policyi, ale stwierdzić należy, że gdyby nawet student ów był aresztowany, nie byłoby w tem nic dziwnego, jeśli się zważy, że policya przy tak ciężkiej zbrodni jak niniejsza ma obowiązek przedsięwziąć wszystko, co tylko może przeszkodzić w zatarciu śladów zbrodni. Zresztą studenta owego nie aresztowano, lecz po przesłuchaniu natychmiast wypuszczono.
Kuzarowa zeznaje, że krytycznego wieczoru prała bieliznę w swojem mieszkaniu, oddzielonem cienką ścianką od kuchenki, gdzie dokonano ohydnego morderstwa. Krzyków żadnych nie słyszała. Obecnie czynione są próby, czy rzeczywiście przez ściankę tę nie można słyszeć jednego, przeraźliwego okrzyku, jaki mordowana ofiara wydać musiała.
Kuzarowa obsługiwała ś. p. Siennicką, lecz przed dwoma miesiącami zaprzestała usług, gdyż nieboszczka nie chciała jej podwyższyć gaży. Na tem tle nie jest wykluczoną złość do nieboszczki i wobec tego symptomatycznego znaczenia nabierają słowa, napisane na odwrotnej stronie kartki „zabiłam ze złości!“
Kuzarowa zresztą plącze się w odpowiedziach. Dotychczas naprzykład nie zdołano stwierdzić niezbicie, co przez cały wtorek robiła, a i ona sama w tym kierunku daje niejasne odpowiedzi. Zresztą cały sposób popełnienienia zbrodni i nieudolne usiłowanie zatarcia śladów wskazuje na to, że zbrodni dokonał „niefachowy“ zbrodniarz. Na policyi utrzymuje się przekonanie o jej winie, w którym to wypadku musiała mieć co najmniej jeszcze dwóch spólników.
Jako podejrzany o współwinę, aresztowany został jej szwagier, mąż jej siostry, Dębowski, robotnik zamieszkały w Dębnikach. Policya dokonała także rewizyj w kilku sąsiednich mieszkaniach lecz z ujemnym skutkiem.
Władysław Tokarz
aresztowany, 19-letni młodzieniec bez zajęcia, mieszkał w tym samym domu na II-em piętrze u swoich rodziców. Ojciec jego jest tokarzem w fabryce Zieleniewskiego. Władysław był już karany 1-miesięcznym więzieniem za kradzieże i dopiero niedawno wyszedł na wolność. Nie chciał pracować a żył wesoło — późno w nocy, nieraz o trzeciej — wracał do domu. W mieszkaniu rodziców ciągle się awanturował. Chodzili do niego koledzy, najczęściej niejaki Grabczyk. Lobiał się upijać, z rodzicami żył niedobrze.
Dotychczasowe wyniki śledztwa
są właściwie, ściśle rzecz biorąc, nieszczególne. Wczoraj wieczorem stwierdzono, że ś. p. Siennicka kupiła sobie szynkę w handlu Gargula na ul. Długiej i że idąc do domu spotkała się z akuszerką p. Nowakowską, z którą chwil kilka rozmawiała. O godz. 8:30 sama powróciła do domu. Nikt jej nie towarzyszył. Ś. p. Siennicka weszła w kapeluszu na głowie pociemku do kuchni, w ręku trzymała pakiecik z szynką. Morderca dokonał czynu po ciemku — przez otwartą górną połowę okna padał tylko słaby odblask od świateł lamp z sąsiedztwa. Jak stała, w kapeluszu na głowie, otrzymała cios w ramię, potem drugi w głowę, poczem runęła na ziemię. Dotychczas nie stwierdzono, czy kapelusz jest przecięty siekierą. Na fortepianie w saloniku znaleziono trzy książeczki Kasy Oszczędności na 10.000 koron.
Dzisiaj policya zarządziła przeszukiwanie kloak za śladami krwi. Dzisiaj rano o godz. 8-mej odbyła się także w zakładzie medycyny sądowej sekcya zwłok ś. p. Siennickiej. Sekcyi dokonali prof. dr. Wachholz i dr. Jankowski.
Pogrzeb nieszczęsnej ofiary odbędzie się prawdopodobnie jutro.

Sędzia śledczy, a prasa miejscowa.

Napiętnować należy publicznie niekulturalne postępowanie sędziego śledczego Dra Neussera wobec przedstawicieli prasy miejscowej. Pan ten, zaszańcowany poza przestarzałemi przepisami procedury karnej, nie dopuszczał wczoraj dziennikarzy do miejsca czynu i nawet nakazał policyantowi „nie dopuszczać tych pismaków“!!! — jak się wyraził, gdy reprezentanci prasy koło g. 6 wieczorem opuścili miejsce zbrodni.
Widocznie Dr Neusser nie zdaje sobie sprawy z uznanego na całym świecie faktu, że sprawozdania dziennikarskie w podobnych sprawach większe usługi oddaje śledztwu, aniżeli tuziny protokołów, mozolnie „skoncypowanych“ przy zielonym stoliku. Także dziwnem jest co najmniej nakaz, wydany przez tego sędziego fotografowi sądowemu, aby nie udzielał dokonanych zdjęć prasie!!
Na sędziego śledczego w tej sprawie znajdzie się — mamy nadzieję — odpowiedni środek, aby go pouczyć, że prasa, pisząc o tej zbrodni, spełnia równie ciężki jak jego obowiązek, że zatem tego rodzaju dalsze jego prohibicyjne stanowisko w tej sprawie absolutnie miejsca mieć nie może!





Ilustrowany Kurier Codzienny nr 115. 20 maja 1911
Zbrodnia przy ul. Szlak.

Najgłośniejsze zbrodnie krakowskie doby minionej.

Rozmowa z domorosłym Sherlokiem.

Na poobiedniej kawie u Bizanoa. Gorączkowo przeglądam dzienniki, szukając nowych szczegółów o tej senzacyjnej zbrodni na Szlaku, która — śmiało rzec można — niby bomba melinitowa wpadła w poczciwy ludek krakowski, już na dobre rozpolitykowany ex re zbliżających się wyborów.
Usłużny Bolcio z wyszukaną grzecznością zaspakaja moje odnośne wymagania, znosząc jedną gazetę po drugiej. Zagłębiony po uszy w czytaniu nie słyszę nawet obsuwanego drugiego krzesła przy moim stoliku, dopiero sympatycznym głosem wypowiedziane stereotypowe: „Czy można?“ — przywracają mi kontakt z światem zewnętrznym.

Podnoszę wzrok.

A! Dzień dobry! Jak się pan dobrodziej miewa? — Witam się — przyjemnie zdziwiony — z moim dobrym znajomym p. T., sympatycznym starszym panem, znanym w szerokich sferach z tego, że jest „chodzącą kroniką“ Krakowa, tego z doby minionej.
Ano mam się! — odpowiada pan T. jowialnie. — Pan redaktor czyta o zbrodni na Szlaku? Panie, to rzecz straszna, ale pamiętam okropniejsze zbrodnie w Krakowie!
A co pan sądzi o niniejszym wypadku? — pytam mego sąsiada.
Sądzę, że to sprawa bardzo zawikłana, lecz nie bardzo tajemnicza. Z amatorstwa śledzę jej fazy i dochodzę do wniosku że...
Że co? — pytam skwapliwie, zaciekawiony nagłem zamilknięciem mego interlokutora, który wcale nie grzeszy małomownością.
Bo to widzi pan — mówi p. T. powoli, ważąc każde słowo — mam na tę zbrodnię mój własny pogląd, który, być może, że nie pokrywa się ani z wynikami nowoczesnej kryminalistyki, ani z wynikami obecnego śledztwa.
Ogromnie jestem ciekaw! Przemieniam się w słuch! Niechże pan nie skąpi mi swych uwag! — mówię prędko, gdyż żyłka reporterska potężnie we mnie zagrała. Machinalnie sięgnąłem nawet do kamizelki po mój kohinoor, lecz wczas się zreflektowałem, bojąc się, by nie spłoszyć mego interlokutora.

Nie chcę nikomu szkodzić, zastrzegam się stanowczo — mówi p. T.— Nie skierowuję podejrzenia w żadnym kierunku, ale cały sposób dokonania zbrodni, jak jest w dziennikach opisany, wskazuje według mego zdania na to, że czynu dokonała kobieta...

Czem to pan motywuje?

Tem, że mężczyzna nigdy w podobnych wypadkach nie wyciera krwi ani nie ukrywa trupa pod stosem materaców i poduszek. Mężczyznę, który dokonał morderstwa, nie żenuje później widok trupa i swobodnie dalej rabuje, nie troszcząc się o swą ofiarę. W kobiecie odzywa się wrodzone tchórzostwo, ukrywa nieudolnie trupa i również z wrodzonego zmysłu porządkowania, wyciera krew.
To bardzo ciekawy pogląd, mający wiele uzasadnienia — mówię zamyślony.
Rozmowa zeszła na inne tory. Starszy pan się do reszty rozkrochmalił i przeszedł na swój ulubiony temat, na dawne czasy.

Kobieta — mordercą.

Czy pani uwierzy — mówi p. T. ożywiony — że ja pamiętam wszystkie głośniejsze zbrodnie w ostatniem czterdziestoleciu? najdokładniej utkwiły mi w pamięci wszystkie szczegóły. Przy wykryciu zaś winowajcy jednej z tych zbrodni odegrałem dość wybitną rolę, gdyż na skutek moich wskazówek aresztowano sprawcę, który się potem do winy przyznał.
O jaką to zbrodnię się rozchodzi?
O zamordowanie matki ś. p. Bałuckiego.
Więc jakże to było?
Przed 18 albo 20 laty — daty już dokładnie nie pamiętam — gruchnęła po mieście wieść o zamordowaniu staruszki, samotnie mieszkającej p. Bałuckiej. Trup leżał wciśnięty pod łóżkiem, a ślady krwi były zmyte. Przez kilka tygodni nie można było znaleść sprawcy. Policya już dawała za wygraną i już jej usiłowania zaczęły słabnąć, gdy się tak jakoś zdarzyło, że pewnego razu spotkałem się z pewnym urzędnikiem policyi krakowskiej w kawiarni. Rozmowa zeszła naturalnie na głośną wówczas aferę. Na podstawie znanych szczegółów wyraziłem przypuszczenie, że morderstwa tylko dokonała kobieta — a ponieważ śledztwo ówczesne stwierdziło, że do ś. p. Bałuckiej przyjeżdżała bardzo często z Krzeszowic niejaka Łabędziowska, wdowa, tam zamieszkała, powiedziałem urzędnikowi: „Jedź pan do Łabędziowskiej“...
Urzędnik ten wysłuchał uważnie moich argumentacyi i nie | mówiąc nikomu ani słowa, wybrał się istotnie następnym pociągiem do Krzeszowic.

Koło wieczora stanął pod domkiem Łabędziowskiej i przez okno ujrzał, jak ta, klęcząc pod świętym obrazem, żarliwie się modliła. Stropiło go to nieco — lecz wnet się opamiętał i odważnie wkroczył do stancyi. Łabędziowska się wypierała stanowczo wszelkiej winy a wówczas urzędnik machinalnie sięgnął pod święty obraz... i znalazł tam ukryte dokumenty, które właśnie podczas rabunku u ś. p. Bałuckiej zginęły!
No i Łabędziowska do winy się przyznała i została ukaraną dożywotniem więzieniem. Co się z nią stało, nie wiem.
Zdumiony słuchałem tych strasznych szczegółów.

Po 20 latach — zbrodnia odkryta.

Każda zbrodnia musi pierwej czy później wyjść na światło dzienne! — ciągnął dalej mój szanowny narrator. — Wydaje się to może panu oklepanym, stereotypowym frazesem, zaczerpniętym z jakiej opowieści dla grzecznych dzieci? Panie ! Bynajmniej ! Na przykładzie to panu udowodnię!

Słucham pana dobrodzieja!

Więc proszę! Przed 40 laty wracały do Krakowa z jakiejś wioski podkarpackiej, gdzie spędzały wakacye, dwie młode kobiety z Królestwa — pewna młoda panienka z obywatelskiego domu ze swą (starszą już) guwernantką. Kolei jeszcze wówczas nie było — wracały furką góralską. Przyjechały pod wieczór do Wieliczki i postanowiły tam przenocować, a na drugi dzień dalej jechać do Krakowa. Zajechały do jedynego wówczas w Wieliczce domu zajezdnego, utrzymywanego rzez jakiegoś szewca. W nocy przed udaniem się na spoczynek, liczyły w swoim pokoju głośno pieniądze — miały coś około 70 rubli. Pod drzwiami obserwował tę scenę szewc, właściciel zajazdu i w nocy sam obie kobiety zamordował, a trupy zakopał w ogrodzie, na grobie zaś nieszczęśliwych zasadził w jakiś czas potem śliwę.

Przez dwadzieścia lat zbrodnia była ukryta, gdyż nikogo wówczas w zajeździe nie było, a rodziny zamordowanych z Królestwa robiły poszukiwania w zgoła innym kierunku. Sliwa tymczasem ślicznie rosła i wydawała wyborne owoce.
Po 20 latach — był już inny wówczas właściciel — wybuchł pożar, którego ofiarą padł cały ten dom, a z sąsiadującego z nim ogrodu — rzecz dziwna — tylko ta śliwa. Właściciel kazał po pożarze wykarczować śliwę, gdy oto przy tej sposobności znaleziono pod korzeniami śliwy dwa dobrze utrzymane szkielety kobiece. Po nitce doszły władze do kłębka i aresztowały owego szewca, dawnego właściciela zajazdu, który się przyznał do czynu.

Rozprawa ówczesna jeszcze żywo mi tkwi w pamięci.
Cisza zaległa nasz stolik. Pan T. zamyślił się czegoś, jakby grzebał w smutnych wspomnieniach. Nie przerywałem milczenia. Po chwili ocknął się p. T. z zadumy i opowiadał dalej :
Mordercy-familianci

Albo, proszę pana, bardzo często ktoś z najbliższej rodziny morduje samotną staruszkę, a władze, nie licząc się z możliwością takiej ewentualności, czynią poszukiwania w zupełnie innym kierunku. Dowodem służę natychmiast.
Przed 35 laty mieszkała w Krakowie w pewnym domu przy ul. Szpitalnej samotna staruszka bardzo bogata, trochę dziwaczka, p. Korytowska, należąca do znanej w kraju rodziny. Pewnego poranku znaleziono ją zamordowaną, ze strasznemi ranami na całem ciele.
Policya przedewszystkiem aresztowała służbę, która jednak konsekwentnie wszystkiego się wypierała. Tymczasem okazało się w jakiś czas potem, że morderstwa dokonał własny wnuk, złoty młodzieniec, który zamordował babkę dlatego, że mu nie chciała więcej dawać pieniędzy na hulanki.

Ś. p. Lewicki.

Widzi pan redaktor — kończył p T. swoje opowiadanie — takiemi ścieżkami kroczy zbrodnia, ale także Nemezis chodzi ubitą szosą! I zobaczy pan — pierwej, czy później — wyjdzie na jaw tajemnica śmierci ś. p. Lewickiego, lecz może mnie już wówczas nie będzie na tym świecie!... A tak pragnąłbym dożyć tej chwili!...



Ilustrowany Kurier Codzienny nr 116. 21 maja 1911
Obrazek

We czwartek po godz. 4-tej po południu, gdy komisya sądowo-lekarska ukończyła wizyę lokalną — zajechała przed, kamienicę przy ulicy Szlak tek dobrze znana mieszkańcom miasta czarna buda, t. zw. trupiarka. Zwłoki ś. p. Siennickiej — ogołocone z ubrania — ułożono w pace, która na rycinie znajduje się już wewnątrz wozu, w pace drugiej znajdowało się pokrwawione ubranie zamordowanej. Przyjazd trupiarki zgromadził na ulicy tłum publiczności, którą z trudem powstrzymywała licznie skonsygnowana policya.
Szkic tej sceny wykonany jest przez rysownika „IL Kuryera Codzienny“ na podstawie fotografii art. zakładu p.Pierzchalskiego w Krakowie.


Morderstwo ś. p. Sienickiej.

Tajemnica powoli sią rozjaśnia.

Wyrażone przez nas wczoraj przypuszczenie, że motywem morderstwa była złość i zemsta za wyrządzoną jakąś krzywdę, najzupełniej się sprawdziło. W ciągu dnia wczorajszego zaszedł stanowczy zwrot w śledztwie, tak, że dzisiaj zbrodnia ta już nie przedstawia się tak tajemniczo, jak w pierwszej chwili. Rabunek, jakiego dokonano, był może przez sprawców zamierzony, lecz nie był głównym celem.
Pierwszorzędnym środkiem, który się przyczynił do wyświetlenia tego faktycznego stanu rzeczy, była dokonano wczoraj w zakładzie medycyny sądowej
[center]sekcya zwłok.

Przeprowadzili ją lekarze sądowi prof. dr. Wachholz i dr. Jankowski. Na ciele zamordowanej znaleziono następujące rany:
Trzy rany na tyle głowy,

zadane ostrzem siekiery, Razy, od których rany te pochodzą, musiały być zadane z tyłu, tak, że napadnięta sprawcy nie widziała, a były one straszne, gdyż przecięły kapelusz i głęboko utkwiły w mózgu, który wytrysnął na wszystkie strony. Każdy z tych razów był absolutnie śmiertelny. Pozatem stwierdzono ciężką — acz nie śmiertelną — ranę od uderzenia siekiery na lewem ramieniu; widocznie napadnięta machinalnie uchyliła głowę a cios spadł na ramię.

Nie dość na tem. Sekcya wykazała na brzuchu i biodrach nieszczęśliwej ofiary sześć ran głębokich, kłutych, zadanych ostrym, trójkątnym pilnikiem. Wynika z tego, że gdy staruszka upadła na ziemię,
morderca rzucił się na nią i bestialsko pastwił się nad dogorywającą; zadając jej raz po raz ciosy pilnikiem.
Rany te najzupełniej wyjaśniają m0tyw zbrodni — złość i zemstę — gdyż morderca, który dokonuje zbrodni tylko dla rabunku, nie pastwi się nad ofiarą.

Dalsze śledztwo policyjne.

Wobec podobnych rezultatów sekcyi zwłok, która ponad wszelką wątpliwość ustaliła motyw zbrodni, policya nie operowała już więcej niewiadomemi, lecz konsekwentnie dążyć mogła do wykrycia sprawców, którzy W tej chwili juz znajdują się w rękach burzącej sprawiedliwości.
Mordercami tymi są niewątpliwie
stróż i stróżka domu.

Znane już dnia wczorajszego szczegół, że w chwili popełnienia czynu, t. j. we wtorek między godz. 9-tą a 10-tą wieczorem, stróżowie kamienicy, Kuzarowie, znajdowali się w swojem pomieszkaniu, oddzielonem tylko cieńką ścianką od kuchenki, gdzie morderstwa dokonano — nabrał dla tego pierwszorzędnego dla śledztwa znaczenia, że Kuzaruwie konsekwentnie wypierają się, jakoby słyszeli jakieś krzyki w kuchence, podczas gdy dokonane próby wykazały, że w mieszkaniu stróżów słyszeć można najlżejsze nawet kroki w owej kuchence, nie zaś dopiero krzyki i szamotania — a mordowana przecież chyba krzyczeć musiała.
Ponowna wizya lokalna.
Wczoraj popołudniu odbyła się na miejscu czynu ponowna wizya lokalna. Przeszukano skrupulatnie tylko kuchnię i znaleziono ukryte w szufladach, garnuszkach i rozmaitych zakamarkach rozmaite drobne kwoty po 20, 15 i 10 koron. Sprawcy widocznie wiedzieli, że staruszka w tak dziwaczny sposób chowa swoje oszczędności, i tem też należy tłumaczyć, że sprawcy przewracali szuflady wszystkie. Ile pieniędzy zrabowali, na razie niewiadomo, tembardziej, że stwierdzono, iż ś. p. Siennicka miała liczne papiery wartościowe, których dotychczas nie znaleziono.

Przesłuchanie aresztowanych.

Prowadzący śledztwo policyjne p. dr. Krupiński, przesłuchiwał wczoraj do późnej nocy aresztowanych stróżów, małżonków Kuzarów. Przesłuchiwanie odbywa się wobec dyrektora policyi p. dra Flattaua. Kuzarowie winy się wypierają, jednak dają bardzo niejasne odpowiedzi na pytania odnośnie do kwestyi, co krytycznego dnia robili. Dzisiaj przesłuchiwanie odbywa się w dalszym ciągu — przesłuchiwane są także szczegółowo dzieci aresztowanych — albowiem dzisiaj w południ upływa 48-godzinny areszt detekcyjny na policyi, po którym to terminie policya — po myśli ustawy — musi podejrzanych albo uwolnić, albo odstawić do aresztów śledczych pod zarzutem skonkretyzowanej zbrodn.

Tak tedy dzisiaj będzie ostatecznie musiała policya zebrać wszystkie dowody i szlaki winy aresztowanych Kuzarów, oraz ich szwagra Dybowskiego.
Wczoraj i dzisiaj odbywały się także rewizye w mieszkaniu stróżów, których celem było odszukanie pilnika, co do którego dzisiaj wyłoniła się wersya, że rany zostały nim zadane zamordowanej dopiero na dragi dzień, t. j. we środę, a więc już trupowi, a to dla upozorowania słów na kartce „zabiłam ze złości“.

Ostatnia wizyta.

We wtorek, dnia 16 b. m. wieczorem około godz. 8-mej, pragnęła trzykrotnym zachodem odwiedzić ś. p. Siennicką 70-letnia pani średniego wzrostu, o siwych włosach, ubrana w czarną suknię, w kapeluszu czarnym koronkowym. Pani ta mogłaby wyjaśnić wiele szczegółów i w ten sposób przyspieszyć śledztwo, gdyby raczyła zjawić się jak najrychlej w dyrekcyi policyi w biurze komisarza p. Krupińskiego.
Co mówi Kuzarowa.
Jeden z przyjaciół naszego pisma, który znalazł się w kamienicy przy ul. Szlak 27 rankiem po odkryciu morderstwa ś. p. Siennickiej — jeszcze przed jej aresztowaniem — rozmawiał ze stróżką Kuzarową na temat zbrodni.
Kuzarowa, starsza kobieta, o sympatycznym wyrazie twarzy, prała właśnie bieliznę przed drzwiami swego mieszkania, tuż około okna kuchni zamordowanej. Informator nasz zwrócił się do niej z zapytaniem, jak zapatruje się na tajemniczą sprawę i czy nie wie, kiedy morderstwa przypuszczalnie dokonano?
Kuzarowa odłożyła na bok praną koszulę i oparłszy się na „balii“, wdała się chętnie w rozmowę.
Morderstwo zauważyliśmy my pierwsi — rzekła. — Córeczka moja — ot ta, chodzi do 2-gi-j klasy wydziałowej — tu wskazała kobiecina na młodziutką dziewczynkę, uwijającą się po podwórzu — wróciła wczoraj (we środę) ze szkoły bardzo „nieswoja“ i zwróciła mi uwagę, że okna nieboszczki zakryte są „jakiemiś szmatami“. Na to kazałam przystawić jej stołek do okna Siennickiej i zaglądnąć do „środka“ kuchni. W chwilę potem „przyleciała" do mnie córka i opowiedziała, że w kuchni jest ogromny nieporządek, a po podłodze walają się „bebechy“ — poszłam więc do gospodarza i powiedziałam mu o wszystkiem...
Nie mogłaby pani określić, kiedy przylepił morderca kartkę na drzwiach Siennickiej ?
We środę koło 11-tej — brzmiała stanowcza odpowiedź stróżki.
Zaciekawiony śmiałym tonem głosu pani Kuzarowej, zapytałem krótko:
Jak pani może twierdząc tak dokładnie?
Ano prosta rzecz mój panie, kiedy „przedtem“ szłam na schody (frontowe tuż koło wejścia do mieszkania Siennickiej), nie widziałam na drzwiach żadnej kartki... — odparła śmiało interpelowana.
Upłynęła chwila. Stróżowa wzięła się napowrót do prania, od czasu do czasu rzucając słowa: — Straszne nieszczęście, ktoby się tego spodziewał... Ano kara Boska... ;
Za co? Dlaczego?
Za jej skąpstwo! Bo „trza“ panu wiedzieć — mówiła dalej kobiecina — że staruszka liczyła się z każdym centusiem. Wiem ja o tem najlepiej, bo sama ją przez długie lata obsługiwałam...
Ileż pani Siennicka płaciła?
Trzy korony miesięcznie. Prosiłam ją o podwyżkę, ale nie chciała mi dać więcej, więc podziękowałam jej...
A któż ją potem obsługiwał?
Nikt. Powiedziała, że niema pieniędzy na wyrzucenie i od miesiąca obsługiwała się sama...
Przeszliśmy do szczegółu najważniejszego.
Policya twierdzi, że morderstwa dokonano około godz. 10 wieczór — mówiłem. — Cóż pani wtenczas robiła? Mieszkanie pani przylega do kuchni Siennickiej, dziwnem więc wydaje się, że pani nie słyszała żadnego krzyku.
Nic — proszę pana nie słyszałam nic...
Spała pan może już wtenczas...
Nie, koło dziesiątej prałam jeszcze bieliznę, a zresztą rozmawiałam z moim „starym“...

Nastąpiła znowu chwila przerwy. Na podwóżu powstało małe zamieszanie. Jeden z ajentów policyjnych zauważył na murze opodal okna kuchni zamordowanej tajemnicze jakieś, rudawej barwy ślady... Przypuszczając, iż jest to krew — oznajmił o swem odkryciu innym ajentom. Za sekundę pochyliło się kilka głów nad rzekomym śladem krwi, rychło jednak nastąpiło rozczarowanie. Oto córeczka stróżki — ta właśnie, która pierwsza skierowała uwagę matki na zasłonięte okno — rzekła uśmiechając się:
Eh, proszę panów, to nie krew, to farba, sama próbowałam pędzelka na ścianie..,
Po tej scenie nie pozbawionej znamion szczerego humoru — nie licującego może z dramatycznym nastrojem sytuacyi— zwróciłem się jeszcze do stróżowej o informacyi o aresztowanym w nocy Tokarzu. Kuzarowa nie dała mu dobrego świadectwa. Zaledwie dowiedziałem się od niej, iż Tokarz opuścił niedawno więzienie św. Michała, nadszedł inspektor p. Karcz, wzywając ją, by udała się z nim na przesłuchanie pod „telegraf“. Rozmowa moja była skończona. Niedługo potem dowiedziałem się, iż Kuzarowa została aresztowana.


Tajemniczość się wzmaga.

Gdyśmy w sobotę w południe zamykali nasz dziennik, zdawało się, że niewyszukanie — lecz zdemaskowanie zbrodniarzy — jest kwestyą kilku tylko godzin. Łańcuch poszlak zacieśniał się coraz bardziej tak, że w sobotę popołudniu mówiono, iż teraz rozchodzi się już tylko o ugrupowanie samych faktów, z których można wysnuć wnioski o niezbitej winie pewnych konkretnych osób.
Tymczasem w ciągu niedzieli zaszedł w śledztwie otaczanem przez władzę wprost niebywałą tajemnicą, jakiś doniosły zwrot, który rzucając grubą zasłonę tajemniczości na tę całą aferę, pozwala przypuszczać, że zbrodnia przy ulicy Szlak stanie się pierwszorzędną, wprost europejską senzacyą. Dość wspomnieć, że władze policyjne były zmuszone już w sobotę w nocy zwrócić śledztwo w zgoła innym kierunku.

Przesłuchania aresztowanych Kuzarów

odbywają się w dalszym ciągu bez przerwy pod telegrafem. Prowadzący śledztwo p. Dr Krupiński prawie bez odpoczynku jest na nogach od piątku rano. "Wszystkie organa śledcze upadają formalnie ze znużenia. K u z a r zachowuje się w śledztwie nader spokojnie i dowodzi swojego alibi krytycznego wieczoru, lecz tylko zeznaniami swych najbliższych krewnych, u których rzekomo miał się wówczas znajdować.
Natomiast jego żona denerwuje się ustawicznie i zdradza wielki niepokój, co można tłomaczyć i strasznem podejrzeniem, które na nich ciąży: Oboje absolutnie wypierają się winy, a szczegółowa rewizya dokonana w ich mieszkaniu, najmniejszego nie dała rezultatu, to znaczy, nie dostarczyła śledztwu najmniejszego dowodu ich winy.
Przeciw stróżce świadczyłaby tylko okoliczność, że w chwili krytycznej, jak zeznaje, prała u siebie bieliznę i nie słyszała żadnych krzyków w mieszkaniu ś. Siennickiej, podczas gdy próby dokonane stwierdziły, że w mieszkaniu stróżki słyszy się dobrze nawet stąpania po podłodze w kuchence, gdzie dokonano morderstwa, a nie dopiero przeraźliwy krzyk, który mordowana niewątpliwie wydać musiała. Dalszą sprzecznością w jej zeznaniach, i to bardzo ważną, jest okoliczność, że Kuzarowa zeznaje, iż widziała ś. p. Siennicką po godz. 9-ej wieczorem przechodząca przez podwórze bez kapelusza do wychodka, podczas gdy trupa znaleziono w kapeluszu, w rękawiczkach i z pakiecikiem przyniesionych na kolacyę wędlin w rękach. Jest to sprzeczność bardzo doniosła.
Kartka na drzwiach

jest, jak dotąd, najważniejszym corpus delicti. Szczęśliwym trafem zachowały się
na tej kartce całkiem dokładnie odciski palców osoby, która tę kartkę przylepiała — a więc sprawcy — czynu. W ciągu soboty sporządziła policya „pod Telegrafem“ w swoim nowo założonym zakładzie daktyloskopijnym odciski palców wszystkich wmięszanych w tę aterę osób i dla uniknięcia jakichkolwiek omyłek, wysłała policya jeszcze w sobotę wieczorem jednego ze swych funkcyonaryuszy p. Wagę z tymi odciskami do Wiednia, gdzie w centralnym zakładzie daktyloskopijnym miały być przeprowadzone badania porównawcze. Dzisiaj w poniedziałek spodziewany jest powrót tego urzędnika z Wiednia wraz z rezultatem dokonanych badań.

Spólnicy zbrodni.

Dotychczasowe śledztwo wykazało niezbicie, że morderca miał przynajmniej dwóch spólników. I tak służąca od pp. Bandrowskich, mieszkających w tym samym domu, zeznaje, że gdy krytycznego czasu wychodziła na ulicę do sklepiku, zauważyła pod drzwiami ś. p. Sienickiej jakiegoś mężczyznę ciemno ubranego, który na jej widok szybko się odwrócił, tak, że wyglądało, jak gdyby coś manipulował koło drzwi wchodowych ś. p. Sienickiej. Niestety, z powodu słabego oświetlenia sieni, nie zauważyła jego twarzy. Gdy po kwadransie wracała ze sklepiku, mężczyzna ów stał jeszcze pod drzwiami.
Po za tem wyłania się wersya, że we wtorek dokonano tylko morderstwa a rabunku dopiero nazajutrz, we środę, w którym to dniu także, jak wiadomo, przylepiono kartkę na drzwiach. Co zrabowano, dotąd nie wiadomo, faktem jest tylko, że staruszka miała znaczną gotówkę oraz papiery wartościowe.
Siekiera,
którą dokonano morderstwa, nabiera coraz to większego znaczenia. Wyszedł bowiem na jaw szczegół pierwszorzędnej doniosłości. Otóż stwierdzono, że siekiera była na świeżo wyostrzona. Obecnie policya gorliwe czyni poszukiwania, gdzie siekiera została wyostrzoną i — co najważniejsze — kto ją dał do wyostrzenia?
Agrafki,
któremi spięta była firanka w oknie kuchenki, wychodzącem na podwórze, nabierają podobno dla śledztwa dużego znaczenia. Policya gorliwie poszukuje proweniencyi tych agrafek, a poszukiwania te pono nie kończą się na Krakowie.

Próba pisma.

Wszystkie osoby, objęte śledztwem, tudzież świadkowie, jak i dzieci stróżki, musiały złożyć na policyi próbę swego pisma a obecnie znawcy zaprzysiężeni porównują te pisma z pismem na kartkach.

Humorystyczny epizod.
Mimo grozy, jaką zbrodnią ta napełnia wszystkich, można zanotować także hu
morystyczny epizod. Oto pod mieszkaniem ś. p. Sienickiej bez przerwy pełni służbę kilku policyantów pod dozorem ajenta. Otóż policyanci, będący w służbie onegdajszej nocy, oświadczyli całkiem seryo swemu przełożonemu, że dalej tej służby nie będą pełnili, „gdyż dusza nieboszczki rusza drzwiami!“

Dopiero z trudem zdołano ich przekonać, że „dusza nieboszczki“ już dawno uleciała w świat lepszy, nic wspólnego nie mający z tym padołem łez i zbrodni.

Tajemniczy wyjazd komisarza Krupińskiego.

W ostatniej chwili dowiadujemy się, iż komisarz Krupiński wyjechał w niewiadomym kierunku wraz z inspektorem p. Karczem i Mohrem. Wyjazd komisarza Krupińskiego otoczony jest ścisłą tajemnicą.
Sprawozdawcom dziennikarskim oświadczono zrazu, iż wymienieni powyżej urzędnicy znajdują się na miejscu zbrodni, dokąd udać się mieli dorożką, tymczasem na ul. Szlak nikogo z nich nie zastano.
Aresztowanego onegdaj Tokarza wypuszczono na wolność.

Co mówi syn Kuzarów.

Jeden z współpracowników naszego pisma miał wczoraj sposobność rozmawiać z p. Kuzarą, synem aresztowanych stróżów, uczniem VIII klasy gimnazyum Sobieskiego. Oto jego relacya: Pan Kuzara prosił przedewszystkiem o stwierdzenie, iż nie był po odkryciu zbrodni zupełnie aresztowany wbrew twierdzeniu pewnych dzienników krakowskich, lecz tylko przesłuchany na policyi w charakterze świadka.
Czy był pan krytycznego wieczora w domu rodziców? — zapytałem nie bez pewnej przykrości ze względu na drażliwy temat sprawy.
Nie — brzmiała odpowiedź. — We wtorek wieczorem spałem u siostry na Grzegórzkach. Nazajutrz t.j. we środę poszedłem do szkoły; po południu zaś byłem na lekcyi, tak, iż do domu wróciłem już około godz. 9-tej. Przechodząc koło drzwi mieszkania Siennickiej zauważyłem na drzwiach kartkę z napisem „wyjechałam na kilka dni“. Ponieważ wiedziałem, że Siennicka nigdy nie opuszczała swego mieszkania na dłuższy czas bez zawiadomienia o tem sąsiadów, którym w takim wypadku powierzała pieczę nad mieszkaniem — opowiedziałem o tem matce, matka jednak już przedtem zauważyła wspomnianą kartkę.
Wbrew śledztwu policyi panuje w mieście przekonanie, iż rodzice pańscy są niewinni — mówiłem.
Co do mnie — rzekł na to pan Kuzara — nie wierzę absolutnie, by matka dopuściła się morderstwa.
Przeciwko rodzicom pańskim przemawia fakt, iż mimo, że byli w czasie aktu zbrodni w mieszkaniu, nie słyszteli krzyku mordowanej. A przecież jak wykazały dochodzenia, cienką ściana, oddzielająca kuchnię Sienickiej od mieszkania pańskich rodziców — pozwala słyszeć nawet niezbyt głośne szmery w kuchni.
Proszę pana — odparł na to student — czy wiadomo jest panu ściśle, o którym czasie nastąpiła zbrodnia ? Prawda, że nie... Stąd wniosek, iż rodziców w chwili krytycznej w domu mogło nie być...
Na czem pan opiera swe przypuszczenia? Z ust pańskiej matki słyszałem, że w czasie dokonywania zbrodni, prała podobno w mieszkaniu...
tak, lecz około godziny 10-tej wyszła z mieszkania na pewien czas do znajomej pani mieszkającej na pierwszem piętrze. Kto wie czy właśnie w tym czasie...
Racya — przerwałem — ale także ojciec pański był wieczorem w domu...
Również nie. Wychodził około 10-tej do wuja, by pożyczyć się od niego drobnej kwoty pieniężnej...
Jeśli tak w istocie — zauważyłem — władze powinny szczegół ten wziąć przedewszystkiem pod uwagę! Jeszcze słowo. Czy widział się pan z matką?
Byłem przecież przesłuchiwany pod telegrafem... Proszę sobie wyobrazić jej rozpacz, gdy z poza kraty więziennej ujrzała swe małe córki a moje siostry... Błędnym wzrokiem spoglądała na nas, rwąc sobie włosy z rozpaczy... co dla mnie najboleśniejsze, to nie sprawdzona do tej pory pogłoska, iż matka moja popadła w obłęd...
Upłynęła chwila milczenia. Nie chcąc dłużej zaprzątać młodzieńca swą natarczywą osobą dziennikarza, żegnałem się z p. Kuzarą, dodając:
Do szkoły pan oczywiście nie chodzi...
— Nie nogę mimo najlepszych chęci.
Nawet nauki przychodzi mi trudno. Zrozumie pan, że w stanie takiego zdenerwowania nie mogę skupić myśli. Zresztą ciągle jeszcze jestem przesłuchiwany, niedawno pobrano odemnie próbę pisma...

[center]Obrazek


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 117. 22 maja 1911
Zbrodnia przy ul. Szlak.

Żadnych nowych szczegółów!

Śledztwo prowadzone wprost z niebywałem natężeniem przez komisarza pol. dr. Krupińskiego, utknęło na tak zwanym „martwym punkcie“. Już, już się zdawało, że bezpośredniemu sprawcy będą mogły być ad oculos przedstawione dowody, tymczasem — jak na razie — operuje śledztwo poszlakami, aczkolwiek bardzo poważnymi. W ostatnich 24 godzinach śledztwo nie wydobyło na światło dzienne żadnych nowych szczegółów.

Odciski palców
były przedmiotem ścisłych badań w centralnym urzędzie daktyloskopijnym w Wiedniu a odnośny urzędnik już dzisiaj rano powrócił z Wiednia, lecz nie przywiózł z sobą oczekiwanego parere, gdyż urząd wiedeński zastrzegł sobie wygotowanie odnośnego operatu na piśmie, które w najbliższych dniach nadejdzie do Krakowa.
Mimo to śledztwo postępuje naprzód. Wydobyło ono na jaw ważny szczegół co do
zachowania się stróżki krytycznego wieczoru. Mianowicie stwierdzono, że w ubiegły wtorek między godz. 9—10-tą wieczorem, gdy w mieszkaniu ś. p. Sienickiej rozgrywała się krwawa tragedya, Kuzarowa wyprawiła z domu męża i dzieci i przez cały czas przebywała sama w izbie, gdzie pomimo ciszy rzekomo nie słyszała, co się za cienką ścianką dzieje. Mąż jej, Marcin Kuzara, krytycznego dnia wrócił o godz. 2-giej z roboty do domu, gdzie przebywał do 8-mej. O tej porze wybrał się do swego szwagra Dębowskiego na Dębniki, skąd powrócił koło 10-tej. Fakt to stwierdzony i dlatego aresztowany Dębowski został wczoraj wypuszczony na wolną stopę.

Co robiły dzieci?

Według opowiadania stróżki córka jej 8- letnia Michasia już koło 9-tej spała, a starszą, 13-letnią Karolcię wysłała Kuzarowa około 9-tej na ulicę, aby się dowiedziała, czy już jest 10-ta i czy jest czas na zamknięcie bramy. Karolcia z tej wycieczki wróciła około 10-tej, gdyż brała udział w zbiegowiska ulicznem, powstałem wówczas w sąsiedztwie z powodu zawalenia się muru (pisaliśmy o tem onegdaj).

Podejrzane to tłómaczenie
stróżki nasuwa przypuszczenie, źe umyślnie pozbyła się świadków, aby być samą w domu. Okoliczność powyższa znacznie zacieśnia łańcuch strasznych poszlak, przemawiających przeciwko Kuzarowej.

Dama w zielonym płaszczu.
Policya poszukuje pewnej starszej pani, ubranej w zielony płaszcz i czarny kapelusz, która we wtorek między godz. 3—4 po południu stała przed bramą domu przy ul. Szlak 37 a następnie poszła w ul. Pędzichów. Tą drogę za pomocą pism, uprasza policya tę panią, by się raczyła zgłosić do policyi i udzielić pewnych wyjaśnień.

Badania kloak.
dokonanych ręcznie przez funkcyonaryuszy miejskiego Zakładu czyszczenia, nie przyniosło żadnego rezultatu. Żadnych materyalnych śladów zbrodni nie znaleziono.

Odstawienie Kuzarowej
do aresztu śledczego sądu karnego nastąpi dzisiaj. Poszlaki zebrane wystarczają podobno do wdrożenia przeciw niej regularnego śledztwa o zbrodnię skrytobójczego rabunkowego morderstwa. Natomiast jej mąż Marcin Kuzara, będzie dzisiaj prawdopodobnie wyposzczony na wolną stopę.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 118. 24 maja 1911
Zbrodnia przy ul. Szlak.

W tydzień po morderstwie.

Wczoraj minął tydzień, jak dokonano ohydnego mordu na samotnej staruszce, jutro mija tydzień jak zbrodnia ta wyszła na jaw. Dwie te daty — w porównaniu z rezultatem śledztwa — dają wiele do myślenia. Popełniono morderstwo i to morderstwo rabunkowe, w ludnym, zamieszkałym domu, nie gdzieś na poryferyi miasta, lecz na ulicy gęsto zamieszkałej, bynajmniej nie cieszącej się sławą „spokojnej“.
Gdyśmy przed dwoma dniami pisali, że „tajemniczość się wzmaga“, możemy dzisiaj całkiem śmiało stwierdzić, że zbrodnia przy ul. Szlak jest zagadką, która nie tak prędko będzie rozwiązaną, o ile naturalnie szczęśliwy przypadek nie przyjdzie jeszcze w sukurs zimnemu wyrachowaniu i całkiem logicznemu wnioskowaniu, które jest postawą akcyi policyjnej władzy śledczej, pracującej wprost z bezprzykładną gorliwością nad wykryciem mordercy.

Nieco o planie zbrodni.

Operując tak nieuchwytnemi, jak dotychczasowe, rezultatami, policya zdołała jednak ponad wszelką wątpliwość ustalić, że plan morderstwa — niby strategiczny plan walnej bitwy — był aż do najdrobniejszych szczegółów znakomicie obmyślany i wprost po mistrzowsku wykonany. W przygotowaniu i wykonaniu zbrodni przebija się nawet niezwykła finezya sprawcy, który tak po mistrzowsku potrafił zatrzeć wszelkie ślady. Wynika z tego, że plan zbrodni obmyśliła osoba o wprost wybitnej inteligencyi,
przybrawszy sobie do wykonania czynu — niby bezmyślne narzędzia — osoby mniej inteligentne, które wykonywały role, w tym dramacie szczegółowo im przez wodza wyznaczone.
Główny sprawca, który cały plan obmyślił, działał w ukryciu, a morderstwa dokonywali — może za wynagrodzeniem z góry zapłaconem? — ludzie prości, nieinteligentni.

Fiasko daktyloskopijne.

Odciski palców, które, zdawało, się będą pierwszorzędnym atutem w śledztwie, okazały się niewyraźnymi, zatartymi tak, że orzeczenie centralnego urzędu daktyloskopijnego w Wiedniu, które w ciągu dnia wczorajszego nadeszło brzmi zupełnie niepomyślnie. Z porównania odcisków na feralnej kartce, z odciskami osób wmięszanych w tę aferę, nie można wyciągać żadnych konkretnych dla śledztwa wniosków.

Rewizye i przesłuchania.

Policya bez przerwy przez cały wczorajszy dzień dokonuje rewizyi całego domu przy ul. Szlak 1. 27 i to od piwnic, aż do strychów. Z bezprzykładną skrupulatnością rewiduje się wszystkie mieszkania i przesłuchuje się wszystkich lokatorów i ich służbę, nie wyłączając nawet ajenta policyjnego mieszkającego w tym domu. Wprawdzie w myśl przepisów ustawy kierownictwo śledztwa należy już do sędziego śledczego, lecz jego rola w tym śledztwie jest minimalna, gdyż faktycznie duszą całego śledztwa jest komisarz policyi p. dr. Krupiński. Wczoraj wieczorem odbyła się pod jego przewodnictwem w biurach pod telegrafem narada wszystkich osób, prowadzących śledztwo, a treścią narad było ustalenie dyrektywy dla dalszego śledztwa, które podobno, jak słychać, skierowało się na inne tory.

Sprawa aresztowanych.

Po wypuszczeniu na wolną stopę pierwotnie aresztowanych pp. Tokarza, mieszkańca domu przy ul. Szlak 27 i Dębowskiego, szwagra stróżów Kuzarów, pozostali w areszcie „pod Telegrafem“ tylko stróżowie, małżonkowie Kuzarowie. Otóż on, który zdołał już udowodnić swoją niewinność, będzie dzisiaj wypuszczony na wolną stopę, a ona, stróżka Kuzarowa, będzie dzisiaj prawdopodobnie odstawioną do więzienia śledczego, gdyż zebrane poszlaki wskazują, że — nie biorąc bezpośredniego udziału w samym akcie mordowania — była jednakże bardzo blisko wmieszaną w tę tajemniczą aferę.
Zainteresowanie się zbrodnią
nie tylko w mieście, ale i na prowincyi jest wprost niebywałe. Świadczą choćby o tem tuziny listów, które codziennie otrzymujemy od rozmaitych Scherloków
amatorstwa, w których panowie ci dają rozmaite, mniej lub więcej mądre rady policyi w kwestyi prowadzenia śledztwa.
Dzisiaj między innymi otrzymaliśmy list aż z Serethu, z Bukowiny, w którym nasz prenumerator p. Cz. — nie znając zresztą stosunków faktycznych— chce się dopatrywać sprawców zbrodni w gronie „dalszych krewnych, którzy nie mogli się już doczekać śmierci staruszki, aby zagarnąć spadek po niej“.
Jak wiadomo — ewentualność taka w niniejszej sprawie nie zachodzi.

Ilustrowany Kurier Codzienny nr 119. 25 maja 1911
Ujęcie morderców ś. p. Sierockiej

Nadludzkie wprost wysiłki policyi zostały w nocy z środy na czwartek uwieńczone pomyślnym skutkiem. O ile w śledztwie nie zajdą niespodzianki — a z dotychczasowego toku na to się nie zanosi — mordercy ś. p. Siesickiej są już W ręka policyi. Są to dwaj mężczyźni w sile wieku. Jeden jest stolarzem i mieszkał przy ul. Szujskiego, a drugi jest woźnym pewnego urzędu państwowego, żonaty, zamieszkały w domu przy nl. Szlak 27. Nazwisk narazie nie wymieniamy — ponieważ nie mamy jeszcze ze strony władz śledczych upoważnienia.
Na trop sprawców wpadła policya we środę przy sposobności przeprowadzania systematycznych rewizyi w mieszkaniach domu przy ul. Szlak. W mieszkaniu jednego z lokatorów natrafiono na takie ślady, że policya natychmiast owego lokatora zaaresztowała pod zarzutem bezpośredniego dokonania morderstwa, a w dalszym ciągu przyaresztowała drugiego sprawcę, zamieszkałego przy ul. Szujskiego.
„Bilet wizytowy mordercy“.
Kartka na drzwiach mieszkania ś. p. Sienickiej, o której już tyle razy pisaliśmy, była owym „biletem wizytowym“, który morderca na miejscu czynu po sobie pozostawił. Przy całej przebiegłości, przy całem wprost mistrzowskiem zatarciu śladów, przy całej finezyi, z jaką mordercy ułożyli plan zbrodni, nie potrafili się jednak uchronić od lekkomyślności i celem jeszcze skuteczniejszego zmylenia tropów oraz celem skierowania śledztwa na fałszywe tory, umieścili na drzwiach kartkę o znanej treści.
Ta kartka zdradziła morderców i zgubiła ich. Z porównania pism ujętych sprawców z pismem kartki wynika niezbicie, że jeden z aresztowanych kartkę owa napisał.
Tylko rabunek
był celem morderstwa. To także już niezbicie zostało stwierdzone. Osławiona "zemsta osobista“ z kartki, służyła tylko za pretekst do zmylenia śladów. Jeden z morderców, mieszkający w tym samym domu, studyował dokładnie i przez czas dłuższy tryb życia staruszki a przesadne wieści o znacznej gotówce, którą staruszka miała u siebie przechowywać, były owym bodźcem, które go pchnęły w objęcia zbrodni. W tym celu przybrał sobie spólnika, tego z ulicy Szujskiego.
Udział stróżki i stróża w zbrodniczym czynie nie jest wykluczony — lecz w każdym razie udział dalszy, nie bezpośredni. Aresztowani małżonkowie Kuzarowie nie będą wypuszczeni z aresztu, lecz zostaną, wraz z ujętymi mordercami, odstawieni do więzienia śledczego.
Życie ludzkie — za 100 koron.
Śledztwo stwierdziło, że mordercy zrabowali zaledwo 100 koron w gotówce,
którą znaleźli przy zamordowanej. Poza tem nic nie zrabowali, lubo usiłowali dostać się do nyży, gdzie całkiem słusznie suponowali większe skarby.

Tajemnicza nyża.
Środowa popołudniowa wizya lokalna mieszkania śp. Siennickiej, miała na celu ostateczne wykrycie papierów wartościowych, które staruszka — według opowiadania rodziny — niewątpliwie posiadać musiała. Poszukiwania te zostały uwieńczone pomyślnym rezultatem. Rzeczywiście znaleziono papiery wartościowe znacznej wartości, ulokowane w niezwykle sprytny sposób w ciemnej nyży, znajdującej się w przedłużeniu przedpokoju, naprzeciw drzwi wchodowych.
Do nyży tej, oddzielonej zresztą zupełnie od mieszkania, nader rzadko odwiedzanej, prowadziły tajemnicze drzwi, których sposób otwarcia znany był tylko samej ś. p. Siennickiej. Od strony wewnętrznej przez całą szerokość drzwi biegnie żelazna sztaba, umocowana jednym końcem ruchomo u bocznej futryny, drugim końcem wspierająca się na haku umieszczonym w futrynie przeciwnej. Na końcu sztaby umocowany był sznurek, który należało podciągnąć. Konstrukcya jest więc prosta, i spotykana często w chatach wiejskich lub stodołach. Należy dodać, że sznurek był skrupulatnie chowany za futrynę, tak, że zauważyć go nie było można. Konstrukcya tego tajemniczego zatrzasku była wynalazkiem ś. p. Siennickiego.
14.000 koron pod paką węglową.

Gdy komisya śledcza po nader mozolnem dociekaniu, odkryła wreszcie tajemnicę tego zatrzasku i gdy wreszcie otworzono drzwi wchodowe, zobaczono całą nyżę bezładnie zawaloną koszami i pakami, w których znajdowały się bezużyteczne rupiecie gospodarstwa domowego.
Tuż przy samych drzwiach wchodowych po prawej stronie stała w nyży prosta drewniana paka, napełniona węglem torfowym. Po wybraniu zawartości paki, chciano ją usunąć, lecz okazało się, że paka jest 4 śrubami przytwierdzona do podłogi.
Odkręcono więc śruby i po odsunięciu paki zobaczono pod dnem paki plik rozmaitych papierów wartościowych, owiniętych w ceratę. Były tam trzy 200-koronowe listy zastawne galicyjskiego Banku krajowego, trzy 400-frankowe losy tureckie, trzynaście 200-koronowych obligacyi węgierskiej kolei południowej, kilka 200- rublowych akcyi rosyjskiej kolei północnej, kilka sztuk 3-proc. listów premiowych pożyczki austryackiej, losy Czerwonego krzyża, austryackiego, węgierskiego i włoskiego, 51 sztuk 10-frankowych serbskich losów tytoniowych, pożyczki rumuńskiej, kilka losów węgierskich „Bazylika“ i t. d. Wszystkie znalezione papiery posiadają nominalną wartość 8000 kor., rzeczywista dochodzi do 14.000 koron.
Ślady na drzwiach nyży wskazują, że morderca i do tych drzwi się dobywał.
Fałszywe pogłoski.
Po mieście krążyły przez ubiegłe dwa dni uporczywe pogłoski o aresztowaniu dwóch członków rodziny ś. p. Sienickiej, nie mieszkających w Krakowie. Po zasiągnięciu informacyi w kompetentnem miejscu należy z całym naciskiem stwierdzić, że pogłoski te są z gruntu fałszywe i pozbawione wszelkiej faktycznej podstawy.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 120. 27 maja 1911
Trudności się mnożą.

„Im dalej w las, tem więcej drzew“ — popularne to przysłowie w całej pełni zastosować można do śledztwa, które w tej sprawie władza policyjna z takiem wprost bezprzykładnem poświęceniem prowadzi. W ostatnich dwóch dniach zdawało się, że władze policyjne ujęły już morderców ś. p. Siennickiej, to też — na podstawie odnośnych informacyi — pisaliśmy wczoraj w twierdzącej formie o „ujęciu morderców ś. p. Siennickiej“. Z ostrożności jednak nie podaliśmy nazwisk aresztowanych, nie chcąc przedwcześnie i bez niezbitych dowodów stawiać pod pręgierz opinii publicznej ludzi, co prawda aresztowanych, lecz którym bynajmniej jeszcze winy nie udowodniono. Jeden z nich mieszka w tym samym domu co zamordowana, a drugi jest czeladnikiem stolarskim w pracowni p. Mullera przy ul. Szujskiego. Policya ciągle bada, gdzie ów czeladnik przez dzień wtorkowy przebywał, gdyż od dokładnego stwierdzenia, co aresztowany owego wtorku porabiał, zależy sprecyzowanie jego udziału w zbrodni. Dzisiaj obaj aresztowani wraz z stróżami Kuzarami mają już definitywnie być odstawieni do więzienia śledczego.
Nowa rewizya — nowe trudności.
"Wczorajszy dzień, który miał przynieść definitywne sfinalizowanie sprawy pomnożył tylko trudności i tak już od początku istniejące. Podczas wczorajszej wizyi w mieszkaniu ś. p. Siennickiej, wykryto między innymi przedmiotami nową książeczkę wkładkową kasy oszczędności wiedeńskiego banku związkowego. Z tej książeczki ś. p. Siennicka 10 lutego b. r. podjęła kwotę 1200 koron, a następnie w kwietniu b. r, 795 kor. Na co potrzebowała zmarła tak stosunkowo znacznej kwoty, mając stałe dochody zapewnione, i na co tych pieniędzy użyła, tego dotąd nie zdołano stwierdzić. Pani Leńkowa, córka śp. Siennickiej, nie umiała tej kwesyi wyjaśnić.
Okoliczność ta wybitnie śledztwo utrudnia, gdyż obala pierwotną wersyę, jakoby mordercy zrabowali tylko 100 koron. Ponieważ ś. p. Siennicka bardzo mało wydawała na swoją osobę, przeto pieniądze te musiały się u niej znajdować i padły ofiarą rabunku. W dalszym ciągu można z okoliczności tej wydedukować, że mordercy widocznie wiedzieli o posiadaniu znaczniejszej gotówki przez ś. p. Siennicką i odpowiednio się przygotowywali — widocznie już od kwietnia — do spełnienia czynu.
Są to naturalnie hypotezy, z któremi się jednak śledztwo liczyć musi, hipotezy, które nasuwają przypuszczenie, czy morderców nie należy w zgoła innych sferach szukać?
Jedno z pism wieczornych doniosło wczoraj o aresztowaniu pewnego ajenta policyjnego, jako wmieszanego w tę aferę, Jestto wiadomość zupełnie z palcą wyssana.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 121. 28 maja 1911
W sobotę popołudniu zarządziła policya odstawienie do sądu karnego dwojga osób, na których cięży podejrzenie o udział w zbrodni, osoby te jednak, stróżka Kuzarowa i czeladnik stolarski Oborski konsekwentnie i jasno wypierają się winy. Rzeczywistego sprawcy morderstwa szukać może należy w innym kierunku. W jakim? W tem właśnie leży węzeł tajemnicy.

Z dalszych szczegółów śledztwa wymienić należy zagadkowy szczegół, iż ś. p. Sienicka, osoba jak wiadomo nadzwyczaj oszczędna i skąpa, a posiadająca dość wysokie dochody, wbrew zwyczajowi płynących swych regularnych dochodów nie składała w ostatnim roku do kasy. Co robiła z tymi pieniądzmi, nie wiadomo. Być może, iż żyła z kim w ściślejszej zażyłości i człowieka owego wspierała pieniądzmi; czy tak było w istocie, nie wyjaśniło dotąd śledztwo policyjne, w każdym jednak razie jest to fakt wysoce intrygujący, a jako taki jest brany przez władze w rachubę.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 122. 29 maja 1911
W numerze wczorajszym donosiliśmy, iż władze śledcze zaintrygowane są faktem, co robiła ś. p. Sienicka z pieniądzmi, które w ostatnim roku złożyła do kasy a następnie z niej wyjęła. Jak się dziś dowiadujemy, pieniądze owe obracała ś. p. Sienicka na spekulacye giełdowe. Policya stwierdziła mianowicie, iż ś. p. Sienicka posiada depozyt, dochodzący do 7-miu tysięcy koron w tutejszej filii wiedeńskiego Banku związkowego,
Z wyświetleniem tego szczegółu można przyjąć już jako pewnik, iż zbrodniarz nie obłowił się wcale przy rabunku, gdyż prócz zrabowanych 60 kor., które ś. p. Sienicka zainksowała w krytycznym dniu jako czynsz od fot. p. Pawlikowskiego, skradziono co najwyżej może jeszcze 40 koron, które ś. p. Sienicka miała przy sobie.

Dalsze śledztwo przeciw aresztowanym, t. j. stróżce Kuzarowej i czeladnikowi stolarskiemu Oborskiemu, prowadzi sędzia, dotąd jednak nie wyszły
na jaw żadne nowe szczegóły, obciążające aresztowanych."

Popłoch w pensyonacie krakowskim.

„Strach ma wielkie oczy“ — a zbrodnia przy ul. Szlak wywołała — jak było do przewidzenia — wielki strach, a nawet najautentyczniejszy popłoch w pewnym krakowskim pensyonacie żeńskim dla dorastających i kształcących się panienek. Przesadne wieści o rabusiach, mordujących samotne, a zwłaszcza bogate staruszki, padły na wielce podatny grunt, użyźniony obficie... bajeczkami, szeptanemi po kątach i omal że nie sprowadziły katastrofy, która się jednak wielce krotochwilnie skończyła.
A rzecz miała się następująco: "W pewnym pierwszorzędnym pensyonacie krakowskim, chlubnie znanym na całym obszarze ziem polskich, usłyszały panienki, spoczywające po trudach dziennych w swojej gremialnej sypialni w słodkich Morfeusza objęciach, w nocy podejrzany szelest na korytarzu. Usłyszały, ze snu się zerwały i... zmartwiały ze strachu. A nuż to morderca z nożem lub siekierą, czychający na życie „samotnych kobiet“? Co robić, a coś przecież robić trzeba! Po krótkiej naradzie wojennej, panienki dorywczo odziane w pierwsze z brzegu giezłeczka, ze świeczkami w rękach, odważyły się na korytarz. Tu rozpoczęły się poszukiwania za „włamywaczem“. Zbudzono również z błogiego snu i właścicielkę pensyonatu, na której czele przetrząsać zaczęto wszystkie „kryjówki“ w pensyonacie w pogoni za zbrodniarzem. Radość niewypowiedziana zapanowała na strwożonych obliczach panienek, gdy zamiast poszukiwanego „włamywacza“ znaleziono w kącie korytarza przyczajoną parę ...kotów, która igrając zbyt głośno w korytarzu była powodem całego rwetesu pensyonarek.

Strach ma wielkie oczy, lecz mimo to straż nocną w tym pensyonacie pono bardzo wydatnie teraz zwiększono.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 123. 30 maja 1911
D. M. C.

Dotychczas nie zdołano ustulić, czy siekiera, którą zamordowano ś. p. Sienicką, była jej własnością, czy też przyniósł ją zbrodniarz ze sobą, przygotowawszy ją specyalnie jako narzędzie mordu. Na siekierze są fabryczne znaki D. M. C., atoli do tej pory nie skonstatowano, z jakiej firmy ona pochodzi. Ze względu, iż rozpoznanie siekiery może ułatwić dalsze śledztwo, zarządziły władze wystawienie jej na widok publiczny w biurze „pod telegrafem“.

„Bilet wizytowy“ mordercy.

Kiedy władze policyjne przybyły na miejsce zbrodni, były święcie przekonane, iż kartka na drzwiach wchodowych ś. p. Sienickiej będzie owym „biletem wizytowym", który ułatwi im znacznie śledztwo i dopomoże do rychłego wykrycia mordercy. Jednakże wbrew tym przypuszczeniom kartka ona śledztwo raczej utrudniła, morderca zaś osiągnął prawdopodobnie swój cel przez nalepienie jej, gdyż zmylił tropy pościgu i zatarł za sobą ślady.
Badano wprawdzie pismo aresztowanego Oborskiego, porównywano je z pismem na kartce, znawcy jednak nie mogą StanOWCZO orzec, czy pismo na kartce jest indentycznem z charakterem pisma Oborskiego.

Pies policyjny.

W mieście panuje ogólne przekonanie, iż w śledztwie oddałby wielkie usługi dobrze wytresowany pies policyjny, jakiego używają władze w wielkich miastach do tropienia zbrodniarzy. W Krakowie był do niedawna pies policyjny, którego tresurą zajmował się p. Podratzky, porucznik policyi konnej, użył on jednak fałszywej metody tresury, skutkiem czego pies ten zupełnie zdziczał. Obecnie odesłano go na dalszą tresurę do Morawskiej Ostrawy.

Ilustrowany Kurier Codzienny nr 124. 1 czerwiec 1911
Jak się informujemy, inspektor pol. p. Karcz wyjechał w dniu wczorajszym do Bochni, skąd wraca dopiero dziś wieczorem. Wyjazd p. Karcza pozostawać ma w związku ze zbrodnią przy ul. Szlak.

Ilustrowany Kurier Codzienny nr 125. 2 czerwiec 1911
Wczoraj po południu i dziś zrana kursowały po mieście pogłoski, jakoby aresztowana stróżka Kuzarowa przyznała się do popełnienia zbrodni. Pogłoska ta jak wiele innych wyrosłych na podłożu tej tajemniczej sprawy okazała się nieprawdziwą.

Jak słychać podejrzenia policyi zwróciły się obecnie w innym kierunku, podobno policya ma być na tropie sprawców. W razie gdyby morderców obecnie nie wykryto, naznaczoną zostanie wysoka nagroda dla tego, kto przyczyni się do ich wyśledzenia.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 126. 3 czerwiec 1911
Zbrodnia przy ul. Szlak.
Ponowny wywiad z naszym krakowskim Sherlokiem.
Spotkałem się z nim na plantach koło pomnika Grottgera. Sympatyczny p. T. — sam artysta-rzeźbiarz — siedział zapatrzony w pomnik Grottgera i dumał... prawdopodobnie o dawnych, lepszych czasach. Zatrzyma! mnie głośnem pozdrowieniem.
No i cóż tam, redaktorze, ze zbrodnią przy ul. Szlak? Mają już zbrodniarza? — pytał z źle tajoną ironią. — Bo to wy, panowie dziennikarze, o wszystkiem najlepiej wiecie... nawet o takich rzeczach, których nigdy nie,było!...
Pan wybaczy przerwałem mu, udając obrażonego — my piszemy tylko na podstawie informacyi, zaczerpniętych z kompetentnych źródeł, a jeżeli one zawodzą...
Wówczas kombinujemy, redaktorku? Nieprawdaż? — przerwał p. T. patrząc mi filuternie w oczy.
Grubo się pan myli! Wówczas zwracamy się po informacye, względnie kombinacye, do domorosłych Sherlokow... na przykład do pana dobrodzieja...
Aha! Rozumiem! Więc znowu interwiew? I to tu na plantach9 — mówił p. T., a na jogo dobrodusznej twarzy malowało się zadowolenie, z powodu poruszenia jego ulubionego tematu. — Niech i tak będzie! Już widzę, że się panu nie wywinę!...
Pan T. się zamyślił. Nastała chwila milczenia. Łagodny wietrzyk delikatnie muskał nasze twarze. Wreszcie, nie pytany, zaczął p. T. mówić jakby do siebie.
Bo to widzi pan redaktor, dlaczego oni nie sprowadzili psa policyjnego, albo dlaczego nie użyli choćby zwykłego psa myśliwskiego? Taki pies, gdyby mu dano zaraz na drugi dzień po odkryciu zbrodni do obwąchania siekierę, byłby prawdopodobnie pobiegł gdzieś zatropem. Nie twierdzę, że to środek niezawodny, ale nie była wykluczoną możliwość odkrycia w ten sposób zbrodniarza, a w podobnych wypadkach należy wszystkich środków próbować. To jedno. A drugą okolicznością mojem zdaniem pierwszorzędnej wagi, jest zbadanie, jakiego typu była siekiera? Czy to był topór, czy „cioska“ (jakiej używają cieśle), czy wreszcie zwykła domowa siekiera? Rozwiązawszy to pytanie, można wnioskować, do jakiej sfery zbrodniarz należał. Nie wiem, czy władze śledcze zajmowały się tą kwestyą...
Prawdopodobnie. Śledztwo jest bardzo skrupulatnie prowadzone — przerwałem.
To pięknie! A kwestya ostrzenia siekiery, czy była badaną? Bo musi redaktor wiedzieć, że każdy zawód, niejako każda klasa społeczna inaczej ostrzy siekiery. Cieśla, kołodziej, stolarz, ostrzy siekiery bardzo umiejętnie, a ślady, jakie po takiem ostrzeniu pozostają, są jednostajne i równe. Chłop ostrzy siekierę „bruską“, a ślady są tego rodzaju, że nie pozostawiają najmniejszej wątpliwości, kto siekierę ostrzył. A jeżeli siekierę ostrzył przygodny morderca, wówczas uczynił to na zwykłym kamieniu, naprzykład na kamieniu przydrożnym...
No więc cóż z tego?
Jakto? Nie kombinuje pan jeszcze? Przecież ze śladów na siekierze można wykombinować, do jakiej klasy społecznej należy morderca...
Na odpowiedzialność domorosłego Sherloka pana T. podajemy tę najnowszą „teoryę“ kryminalistyczną.





Ilustrowany Kurier Codzienny nr 129. 8 czerwiec 1911
Zbrodnia przy ul. Szlak. Sędzia śledczy dr Neusser prowadzi skrupulatne dochodzenie na podstawie materyału dostarczonego mu przez policyę. Oboje uwięzieni Kuzarowa i Oborski do winy się absolutnie nie przyznają. W kilku tygodniach skoro upora się sędzia śledczy z dotychczasowym rnateryałem, będzie mógł rozstrzygnąć kwestyę, czy na podstawie istniejących poszlak będzie można wytoczyć obwinionym sprawę o zbrodnię skrytobójczego morderstwa.

Poza śledztwem dra Neussera prowadzi policya dalsze dochodzenia.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 132. 11 czerwiec 1911
Aresztowaną w sprawie zbrodni na Szlaku stróżkę Kuzarową przesłuchiwał wczoraj sędzia śledczy przez cały dzień do godz. 6 wieczorem. Okazuje się, że Kuzarowa broni się przytomnie i najmniejszem słowem nie zmieni zeznań jakie bezpośrednio po zbrodni poczyniła w policyi przed komisarzem drem Krupińskim. Przesłuchiwano ją co do stosunków familijnych i majątkowych. Śledztwo potrwa conajmniej jeden miesiąc.

Ilustrowany Kurier Codzienny nr 146. 29 czerwiec 1911
Morderstwo na Szlaku. W sprawie tajemniczego morderstwa na Szlaku przesłuchano dzisiaj p. Leńka, dyrektora gim. w Tarnowie, zięcia zamordowanej ś. p. Siennickiej.

Ilustrowany Kurier Codzienny nr 149. 4 lipiec 1911
Zbrodnia przy ulicy Szlak. Policya tutejsza otrzymała z zakładu daktyloskopicznego w Wiedniu znacznie powiększone odciski palców, jakie pozostawili mordercy śp. Siennickiej na szybie, na której przylepiona była owa tajemnicza kartka z napisem „wyjechałam na kilka dni", a z drugiej strony „zabiłam z złości osobistej". Odciski te, na których ślady palców morderców znać doskonale, ułatwią niewątpliwie dalsze śledztwo prowadzone w sprawie bestyalskiego morderstwa samotnej staruszki.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 151. 6 lipca 1911
W sprawie morderstwa przy ul. Szlak, dokonanego na śp. Siennickiej, śledztwo przeciąga się z powodu konieczności przesłuchania całego szeregu świadków. Kuzarowa nie przyznała się do winy, owszem wypiera się jakiejkolwiek stanowczo. Tymczasem — jak słychać — nagromadzone dotychczas dowody w zupełności usprawiedliwiają jej aresztowanie. Sprawa będzie dojrzałą dopiero w jesieni i — o ile nic nowego nie zajdzie, — wejdzie przed sąd w kadencyi wrześniowej.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 159. 15 lipca 1911
Echa zbrodni na Szlaku. Mieszkanie ś.p. Siennickiej opieczętowane przez władze od chwili wykrycia zbrodni oddane zostało w dniu wczorajszym w posiadanie córki zamordowanej p. Leniekowej.
Aresztowani pod zarzutem udziału w zbrodni stróżka Kuzarowa i czeladnik stolarski Józef Oborski pozostają nadal w więzieniu śledczem, wbrew pogłoskom, wedle których miano ich wypuścić na wolność.

Ilustrowany Kurier Codzienny nr 169. 27 lipca 1911
Tajemnica zbrodni przy ul. Szlak.

Fiasko dotychczasowego śledztwa

Dotychczasowe śledztwo policyi prowadzone w sprawie zbrodni na Szlaku popełnionej na osobie śp. Siennickiej zakończyło się zupełnem fiaskiem. Oto w dniu wczorajszym po zebraniu wszystkich wyników śledztwa okazało się, że obie aresztowane pod strasznym zarzutem osoby, a więc stróżka domu, w którym popełniono zbrodnię, Kuzarowa i czeladnik stolarski p. Oborski są zupełnie niewinni wobec czego musiano wypuścić ich na wolność po długim pobycie we więzieniu i torturach nieraz kilkunastogodzinnych przesłuchiwań.

Tem samem sprawa zbrodni nie postąpiła naprzód; aresztowano osoby niewinne na podstawie plotek sąsiedzkich i nieuchwytnych podejrzeń, podczas gdy istotny morderca ukrywa się gdzieś bezpiecznie. Obojgu aresztowanym należy się pełna rehabilitacya, lecz któż im wynagrodzi moralną krzywdę, jakiej doznali przez osadzenie ich w więzieniu? Nad tem zapewne nie pomyślały nasze władze!

Położenie stróżki Kuzarowej jest o wiele znośniejsze od sytuacyi, w jakiej znalazł się p. Oborski. Pozbawiany pracy, z której utrzymywał matkę, dwie siostry i brata, czyż znajdzie ją gdzie obecnie, a przynajmniej w Krakowie? I dlatego raz na zawsze zastrzedz się należy przeciwko podobnemu, postępowaniu naszych władz, jak w sprawie zbrodni na Szlaku.

A tajemnica ohydnego mordu pozostaje nadal zagadką nierozwiązaną!..


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 177. 5 sierpnia 1911
Echa morderstwa na Szlaku.
Onegdaj przy odnawianiu mieszkania po śp. Wincencyi Siennickiej na ul. Szlak 1. 27, znalazł zajęty tam malarz pokojo­wy, p. Apolinary Piszczek, pod podłogą dwie książeczki kasowe i kupon serbskie­go losu, opiewające na nazwisko śp. Sienickiej. Jedna książeczka, wystawiona przez Kasę oszczędności w Wiedniu, opiewa na 2412 kor. i 10 hal., druga ksią­żeczka krakowskiej Kasy oszczędności, opiewa na 608 kor. 27 hal.
Ilustrowany Kurier Codzienny nr 188. 19 sierpnia 1911
Echa zbrodni na Szlaku.
Teraz dopiero wychodzi na jaw, że w czasie poszukiwań za sprawcą morderstwa po­pełnionego na osobie śp. Siennickiej użyto również psa policyjnego. Mianowicie w óśm dni po odkryciu zbrodni sprowadzono na miejsce morderstwa psa policyjnego, któ­rego właśnie w owym czasie jakaś firma ekspediowała za pośrednictwem krakowskiej firmy p. Waltera do jednego z miast Zagra­nicznych.
Poszukiwania odbyły się w ścisłej taje­mnicy. Psa wprowadzono do kuchni, w któ­rej znaleziono kilka dni temu zwłoki zamor­dowanej i pozostawiono go własnemu instyn­ktowi. Mądre zwierzę spojrzało na asystujących badaniom ajentów policyjnych, pokręciło się chwilą po mieszkaniu i wybiegło na uli­cę, a za nim uszczęśliwiona policya. Jednakże pies miał inne zamiary niż sądzili przedstawiciele władzy. Oto psu zwolnionemu z obroży ani się śniło następować na trop zbrodniarza, przeciwnie z nieukrywanem zadowoleniem objawianem głośnem szczekaniem, wybiegł na ulicę i niepomny na włożony nań obowiązek, zamierzał zdezerterować.
Oczywiście teraz dopiero miała polizya wiele trudu ze schwytaniem czworonożnego zbie­ga.
Tak wiec próba ze schwytaniem mordercy przy pomocy psa policyjnego nie powiodła się i Kraków długo będzie jeszcze czekać na ujęcie zbrodniarza.
Fiasko z psem tłomaczy policya spóźnie­niem w podjęciu poszukiwań, gdyż ślady za­tarły się, to też łatwo mogło przyjść do tego nadzwyczajnego wyniku, iż pies zaprowadzić mógł ajentów do... biura p. sędziego śledcze­go lub... Redakcyi, jakiegoś z miejscowych dzienników, których pzedstawiciele obecni byli również na miejscu zbrodni. A wtedy policya byłaby w większym może kłopocie, niż dotychczas...

Ilustrowany Kurier Codzienny nr 205. 7 września 1911
Sprawa zbrodni przy ul. Szlak.

Mimo śledztwo policyjne, które energicznie prowadzi komisarz policyi p. Krupiński, sprawa wyświetlenia zbrodni przy ul. Szlak, popełnionej na osobie śp. Siennickiej nie postąpiła ani na krok naprzód. Rąbka tajemnicy, osłaniającą ją, nie udało się uchylić — na razie przynajmniej mimo 5-miesięcznego śledztwa — ani odrobiny. Jak się informujemy, sprawa jest tak trudną, iż dotychczas nie zdołała policya natrafić nawet na ślad sprawcy, wszystkie bowiem dotychczasowe aresztowania, poszlaki i doświadczenia okazały się bezprzedmiotowe i mylne. Energiczne śledztwo w dalszym ciągu prowadzi pan komisarz Krupiński.


Ilustrowany Kurier Codzienny nr 231. 10 października 1911
Szafa Garderobiana
Szlafrok z fałdą „watteau”.

Luźny, powłoczysty szlafrok z wełny kremowej. Z przodu, u góry otwarty na małej kamizelce gipiurowej i naszyty na brzegach szeroką plisą jedwabną, koloru fraise, tył ma ułożony w szeroką fałdę watteau, kończącą się u góry pod gładką, niezbyt szeroką pelerynką. Przód i boki ujęte w talji luźnym pasem jedwabnym, spiętym na boku dużą rozetą. Z pod szerokich, zaplisowanych rękawów wychyla się bufa jedwabna wszyta w obcisły mankiecik.
Powieści
(1)

ROZDZIAŁ PIERWSZY.

GROŹBA SKAZAŃCA.
Sala rozpraw w sądzie karnym przepełniona była ludźmi. Wszyscy czekali niecierpliwie na ogłoszenie wyroku, którego treści nikt się nie domyślał i nikt z góry, przewidzieć nie mógł.

— Ciszej! ciszej! — wołano tu i ówdzie, a i woźni sądowi ze swej strony, usiłowali uspokoić hałaśliwą publiczność, powtarzając swoje sakramentalne uciszcie się!“ Oskarżony tylko, którego losy rozstrzygnąć się miały za chwilę, zachowywał się prawie obojętnie, a na twarzy jego więcej było widać ciekawości, niż przerażenia. Był to człowiek średniego wzrostu, ale krępy i barczysty. Włosy miał ciemne, twarz gładko wygoloną i oczy szare, ocienione gęstemi brwiami, które mu nadawały wyraz ponury. Ubrany był porządnie, a nawet dostatnio. Mówił po polsku z pewną trudnością i z cudzoziemskim akcentem, gdyż, jak się pokazało w toku rozprawy, był on na wpół
Amerykaninem. Dzieckiem jeszcze wyemigrował z rodzicami do Nowego Świata, gdzie spędził znaczną część życia. Nie poszczęściło mu się jednak widocznie, bo powrócił, nie uzbierawszy zbyt wiele grosza, poto, aby dostać się wkrótce na ławę oskarżonych.

— Awanturnik! — mówił ktoś z publiczności — chciał sobie sam sprawiedliwość wymierzyć.

— Gorzej niż awanturnik, to zwyczajny bandyta! Wtargnął przecie do mieszkania bezbronnego starca, któregoby niechybnie zamordował, gdyby nie przytomność umysłu krewnej archeologa, która zatelefonowała po policyę.

— Zranił go podobno w ramię.

— Dał do niego dwa strzały i strzeliłby z pewnością raz jeszcze, ale odważna kobieta uchwyciła go wtedy za ramię, wytrącając mu nabitą broń z ręki.

— A czy ta dzielna niewiasta znajduje się tutaj? — zapytał ktoś mniej widocznie uświadomiony.

— A jakże! ona jest przecie głównym świadkiem; ona też nakłoniła starego do wytoczenia procesu mordercy.

— Mordercy? Przecież — o ile wiem — człowiek ten nikogo nie zabił.

— Ale chciał zabić, a to na jedno wychodzi — oburknął pytającego czerwony jegomość z twarzą apoplektyka, który zdawał się mocno interesować przebiegiem procesu. — Takie gwałty powinny być surowo karane, już i tak dosyć się ich
u nas namnożyło... Byle co! zaraz browning w robocie. To przecie kraj cywilizowany, a nie puszcza amerykańska, gdzie można zamordować człowieka bez sądu i kary, czy jak oni tam powiadają zlinczować. - Apoplektyczny jegomość perorowałby zapewne dłuższy czas, popisując się znajomością stosunków amerykańskich, zaczerpniętą jak się zdaje z pilnego odczytywania przygód Nik Cartera, ale sędziowie przysięgli wchodzili już na salę, po odbytej na uboczu naradzie, a werdykt ich miał być za chwilę ogłoszony. Rozmowy ustały i zapanowała powszechna cisza, wśród której zabrzmiał donośnie głos przewodniczącego, odczytującego wyrok, streszczający się wjednem złowrogiem słowie W i n i e n.

Tak! — Sąd przysięgły uznawał, że Jakób Łęga, przybyły niedawno z Ameryki, winien jest zbrodni usiłowanego morderstwa, który chciał spełnić na osobie Józefa Nałęcza, znanego powszechnie w mieście miłośnika starożytności. Uwzględniwszy nawet łagodzące okoliczności, wyzyskane umiejętnie przez głośnego obrońcę, adwokata Jalesza, trybunał widział się zmuszonym skazać oskarżonego na 10 lat ciężkiego więzienia w Wiśniczu.

Usłyszawszy ten wyrok, oskarżony Jakób Łęga zerwał się z miejsca i stał przez chwilę z szeroko rozwartemi oczyma, jakby nie rozumiejąc, o co właściwie chodzi.

C. d. n.
. . . | zapamietaj

Bardzo Stare Niusy

Królewska żebraczka.

Na książęcym dworze. — Idylla miłosna. Pierwsze chwile uniesienia. — Wśród nędzy i głodu. - Cyrkowa diva. - Tragiczna śmierć małżonka. - W drodze do Europy.

Nie tak to dawne czasy, kiedy po ca­łym świecie rozniosły druty telegraficzne senzacyjną wiadomość, iż córka zmarłe­go przed kilku laty pretendenta do tro­nu hiszpańskiego Don Cariosa, księżniczka Małgorzata de Bourbon uciekła z domu rodzicielskiego z... hiszpańskim toreadorem El Sardenero.
Skandale w domach panujących były wtedy jeszcze czemś niezwykłem. To też wieść ta wywołała w świecie całym nie­bywałe zainteresowanie i ciekawość. Wszystkie dzienniki przepełnione były szczegółami z życia zakochanej pary, fo­tografiami i portretami obojga z różnych czasów i różnych okoliczności.
Historya na pozór prosta.
Młoda, bo zaledwie 18-letnia księżniczka, zdana na łaskę ochmistrzyń i guwernan­tek, psuta pochlebstwem i zmęczona ce­remoniałem domowym, równie silnie — a może i więcej jeszcze przestrzeganym, jak na dworach panujących, z duszy i serca rwała się ku swobodzie, zazdroszcząc zwykłym mieszczkom życia i warunków bytu, które znała tylko z okna karety.
Jeżeli dodamy do tego temperament południowy księżniczki i zwyczaje tamtej­sze znacznie swobodniejsze od naszych, to krok jej będzie można wprawdzie nie usprawiedliwić, ale do pewnego stopnia zrozumieć i tłómaczyć.
Rozkapryszona księżniczka, w chwili niezwykłego znudzenia i zniechęcenia ujrzała w czasie nieodzownej przy każdej narodowej uroczystości hiszpańskiej wal­ki byków, młodą i smukłą postać wybitnie przystojnego toreadora.
Jego sprawność i odwaga, zgrabność i elegancya ruchów, piękny kostyum i rycerska postawa, a nadto grad kwiatów i oklasków, którymi zasypano go po odniesionem zwycięstwie i pokonaniu prze­ciwnika, tak podziałały na rozbudzoną fantazyę młodej dziewczyny, że nie na­myślając się wiele, oddała mu bez za­strzeżeń dziewicze serduszko.
Usłużna panna służąca, zaufana zresztą powiernica radości i smutków swej wysoko urodzonej pani, doradziła to, co jak zresztą dobrze wiedziała jest najgorętszem życzeniem księżniczki: „Zobaczyć go i mówić z nim!“ Przy dobrych chęciach na wszystko jest rada.
W kilka dni później, drżąca z obawy i niepokoju księżniczka, przyjmowała w ustronnej altanie ogrodowej pierwszą wi­zytę ukochanego. Za nią poszła druga i trzecia i wzajemne, ostateczne porozu­mienie. O związku małżeńskim mowy być nie mogło. Pozostawała jedna tylko dro­ga, to jest potajemna ucieczka. Księ­żniczka, zakochana do szaleństwa, zde­cydowała się na ten krok ostateczny. Wszak uśmiechało jej się życie przy bo­ku ukochanego, wolne od wstrętnej i mę­czącej etykiety, zdala od znienawidzonych guwernantek i ochmistrzyń. Życie całe upłynie mi jak sen jaki złoty, jak roz­koszny poranek majowy. Czyż więc można się było jeszcze namyślać?
W kilka dni później dowiedział się świat cały o ucieczce księżniczki.
Świat ją potępił bez litości; jeszcze bardziej srogim okazał się ojciec, wykli­nając córkę i wyrzekając jej się na zawsze.

* * *

Młoda para, nie mając w pospiechu czasu na kościelny związek, odpłynęła najbliższym okrętem do Argentyny. Przy­znać trzeba, że oboje, decydując się na ten stanowczy krok w życiu, postąpili zresztą bez zarzutu.
Księżniczka, uciekając z domu, nie za­brała nic więcej, oprócz najpotrzebniej­szych własnych rzeczy, toreador, wzbity w dumę obecnością księżniczki, z którą łączyły go najściślejsze węzły, dumny był z jej towarzystwa i miłości, podobała mu się młoda i ponętna dziewczyna, zbyt go zresztą nęcił zaszczyt poślubienia królew­skiej córy, aby się zbyt długo namyślał. To też tuż po przyjeździe do Buenos-Aires poślubił ją urzędowo, nadając jej w ten sposób tytuł legalnej małżonki i rehabilitując ją do pewnego stopnia wo­bec świata.
Wkrótce jednak po ślubie poczęło się coś psuć w małżeństwie. Ona, egzaltowa­na i zapalona, pragnęła uniesień miło­snych i zachwytów, których u swego małżonka napotkać nie mogła. Nic dzi­wnego też, że po upływie krótkiego cza­su wkradły się w młode stadło niesnaski i nieporozumienia, oparte na poważnym gruncie wzajemnej różnicy pojęć i uspo­sobienia.
Młodą księżniczkę razić poczęły wady i prostackie nawyczki męża, temu znowu nie podobały się przeczulone „stany i transy“ egzaltowanej duszy księżniczki.
Pocieszali się zatem oboje jak mogli. Ona, przesiadując w skromnem nad wy­raz mieszkaniu, trawiła dnie całe w zgry­zocie i łzach, on znowu topił swój smu­tek w alkoholu i rozpuście.
W końcu doszło do tego, że maltreto­wana i bita przezeń księżniczka opuściła dom męża potajemnie i szukając chleba powszedniego wstąpiła do cyrku, jako baletnica.
Dwa lata spędziła w budzie cyrkowej, wlokąc się z miasta do miasta, byle tyl­ko zarobić na swe utrzymanie i po­trzeby.
Dwa lata ciężkiej i strasznej biedy, poniewierki i poniżenia do ostatnich gra­nic. wystarczyło jej jednak na to, aby uskładać sobie drobną kwotę na wszelki wypadek.
Co przez ten czas przeżyła, Bóg jeden wie; dość, że pewnego razu, powiedzia­wszy sobie „dosyć!“ rzuciła budę cyr­kową i ruszyła w podróż do Europy.
Los jednak miał dla niej jeszcze jeden cios gorzki i krwawy. Oto, gdy jechała koleją ku najbliższemu portowi, tuż za Buenos-Aires, pociąg przejechał jakiegoś człowieka, który dobrowolnie szukał w ten sposób śmierci. Gdy pociąg stanął i słu­żba zabrała się do złożenia poszarpanych zwłok obok toru, księżniczka wychyliła się oknem; by zobaczyć, co było powo­dem zatrzymania się pociągu w pustem polu. Wyjrzawszy, dostrzegła pod kołami wagonu, w którym siedziała, konwulsyjnym bólem wykrzywioną twarz... swego męża!
Obecnie przed kilku dniami przyby­ła do Rzymu i zamieszkała w gospo­dzie robotniczej w najuboższej dzielnicy miasta.

Ilustrowany Kurier Codzienny nr 198. 31 sierpnia 1911

Indyk z biszamelem.

Oskubać i oprawić młodego indyka albo indyczkę lub też małe indyczę, zostawić tak na dni parę na zimno, aby skruszał, naszpikować posolić trochę, posmarować masłem, obwinąć papierem i piec na rożnie lub brytwannie, polewając masłem, gdy będzie na dopieczeniu, odjąć papier i polewać biszamelem, a gdy nabierze złotawego koloru, wyjąć i pokrajać ostrożnie. Biszamel w ten sposób zrób: rozetrzeć dobrze w łyżce masła garść mąki, rozprowadzić połkwartą świeżego mleka lub śmietanki i zagotować to dobrze mieszając, w końcu wbić trzy żółtka i używać do polewania kur, indyków, rozmaitej zwierzyny i cielęcej pieczeni.